RSS
czwartek, 15 listopada 2012
Kto pierwszy jest bez winy, niech rzuci kamieniem

 

Nie, spokojnie, nie odbiło mi. Zresztą, Biblia to jest czysty copy + paste, nic nowego tam nie wymyślili. Może poza nazwami własnymi. Ale do rzeczy.

Chciałem obejrzeć dziewiąty odcinek „Paradoksu”. TVP zrobiło to, co ja nazywam „małym szczęściem” – udostępniła niektóre (a może i większość) „kontentu” od siebie na swoim VOD, za darmo. No więc podreptałem w internetsach do tvp.pl , następnie odszukałem swój serial (swoją drogą, fajnawy) i kliknąłem na ten odcinek który chciałem obejrzeć. Nic. No to na iPadzie sprawdzam czy jest ich appka. Jest! Za darmo nawet, fajnie. Biorę, instaluję. Widzę, że 2,5 gwiazdki na 5 w recenzjach ale nic to, pewnie „a bo reklamy”. Włączam appkę, a tam, że brak połączenia z wi-fi. No ale jak to, przecież jest, widzę, 2/3 kreski, w tym pokoju nigdy nie było problemów. I tak z dziesięć razy klikam, po czym wracam na App Store i sprawdzam te recenzje. I tak, taki sam błąd i nie naprawione od paru ładnych dni. I już pędzę lecę pisać do TVP, że jest nie poważne to, że z jednej strony mamy płacić abonament a z drugiej taki kiepski serwis. Ale zanim włączyłem rage , zapytałem rodzicielki, czy płacone było.

„Nie, bo i po co.”

Zakładkę tvp.pl wyłączyłem, ze wstydu. Przecież jeżeli my nie płacimy podatków na TVP (w formie abonamentu) to jak mamy oczekiwać porządnego serwisu, let alone porządnych seriali, filmów i programów. I tak naprawdę to przechodzi dalej: jeżeli unikamy płacenia podatków, jeżeli w naszym kraju omijanie prawa jest oznaką „sprytu” a nie płacenie podatków „osiągnięciem”, to nie dziwmy się, że pewne rzeczy w naszym kraju są po prostu złe. Czy to drogi, czy to służba zdrowia, edukacja, służby porządkowe, wojsko, itp., itd., a nawet Sejm (nie poszedłem zagłosować ale ponarzekam). Dobrze, dobrze. Każdą złotówkę powinno się obejrzeć z obu stron zanim się wyda, powinno się wyplenić korupcję, podwyższać standardy, po prostu: robić tak, żeby szło lepsze.

Ale zanim zaczniemy na coś narzekać, zastanówmy się czy może czy jednak nie moglibyśmy zrobić czegoś więcej, lepiej, porządniej. Jak chcemy zmian, to jednak warto zacząć od siebie.



A ja poczytam na http://www.tvp.pl/o-tvp/abonament jak zapłacić i niedługo podreptam na pocztę…

17:44, clementhobhousebrandt
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 września 2011
Polityka zagraniczna i wybory 2011.

Najpierw chciałbym się zająć skomentowaniem debaty. W drugiej części tekstu opisałem dwa dostępne w internecie programy wyborcze - PO i SLD.

 

 

Pytania i odpowiedzi z debaty dostępne są na stronie tvn24, ja się skupię na moich odczuciach:

Najlepiej w tej debacie wypadł Sikorski - był spokojny, rzeczowy i konkretny. Nie był też zbytnio atakowany. Nie za dużo jakiś nowych informacji, ukłon w stronę lewicy z Kwaśniewskim jako reprezentantem Tuska w Kijowie. W sprawie Nordstream zapewnił, że Merkel akceptuje jakiekolwiek przyszłe zmiany położenia rury na naszą korzyść. Port w Świnoujściu nie jest zagrożony.

Drugi był Kowal. Był równie spokojny jak Sikorski ale popełnił parę błędów. Mówił dużo o polityce wschodniej i środkowo-europejskiej. Popełnił błąd w atakowaniu PSLu za cenę gazu, nie uwzględniając wysokich cen ropy. Kolejną rzeczą gdzie popełnił błąd, to nie ustosunkowanie się do sprawy Wikileaks i Fotygi. Był jej zastępcą i powinien jakoś to skomentować, a jedyne na co go było stać to "myślmy o przyszłości". Pytanie zadane Sikorskiemu o mniejszości polskiej w Niemczech było słabe i mało ważne.

Trzeci był Siwiec - ogólnie był zdenerwowany, wchodził w słowo i starał się silić na dowcipy. Pytanie Sikorskiego o Irak było mocnym uderzeniem - Siwiec przyznał, że przyczyny dla wejścia były złe, mimo tego była to DOBRA DECYZJA. Powiedział, że decyzja była motywowana atakami na WTC (choć decyzja zapadła półtora roku później). Powiedział także, że pozycja Polski w relacjach z USA urosła (co jest bzdurą). Zasugerował także, że gdyby nie obalenie Saddama, nie doszłoby do wiosny ludów w Afryce Północnej (co wskazuje, że nie ma pojęcia o przyczynach powstań w krajach arabskich i uważa je za wolnościowe, a nie ekonomiczne). Ogólnie Siwiec ma u mnie dużego minusa za kiepskie przygotowanie, jak i ogólny brak kultury w dyskusji. Stosunki zagraniczne wymagają więcej taktu niż inne tematy.

Najgorszy był Kalinowski. Jego obecność pokazuje, jak słaby PSL jest w kwestiach zagranicznych - wypowiadał się mało, jeżeli już to nawiązywał do rolnictwa, starał się Sikorskiego obarczać odpowiedzialnością za budżet rolniczy UE. Nie wiadomo dlaczego, skoro to broszka Sawickiego - jego partyjnego kolegi, ministra rolnictwa. Kalinowski był ewidentnie kiepsko przygotowany, nie miał pojęcia o sprawach międzynarodowych i starał się tylko zaspokoić swój elektorat.

Ogólnie oceniam tą debatę jako dobrą, była w miarę merytoryczna i dosyć spokojna. Czasami przerywana przez Siwca, czasami bez odpowiedzi na niektóre pytania. Oczywiście nic nowego nie wniosła, natomiast utwierdziła mnie w przekonaniu, że SLD jest kiepsko przygotowane w sprawach międzynarodowych.

Nie chcąc oceniać samej debaty, postanowiłem przeczytać programy wyborcze (SLD ponownie) partii obecnych na debacie.

Na cztery partie które brały udział w debacie o polityce zagranicznej w TVN24 (PO, SLD, PSL i PJN) tylko dwie (PO i SLD) posiadają opublikowany w Internecie program dot. polityki zagranicznej. W przypadku PSL taki program nie jest im potrzebny (jako, że ich elektorat tymi kwestiami się nie interesuje), natomiast w przypadku PJN jest to głównie skupianie się na polityce wschodniej. Ponieważ dużo rzeczy w obu programach jest oczywiste, skomentuję tylko to co jest albo rzadko wspominane, albo jest nowe.


W swoim programie wyborczym, w sekcji „Polityka zagraniczna” (str. 88) PO pisze:

  Większość naszej aktywności w polityce zagranicznej jest realizowana za pośrednictwem Unii Europejskiej. Skutecznie realizować naszą rację stanu można tylko poprzez umiejętne wpisanie naszego interesu, w szerszy interes europejski.

 

Unia Europejska to system stałych negocjacji, w którym liczy się siła argumentów. Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze do niej przekonać partnerów. Zarówno w szerszym środowisku międzynarodowym, jak i w Unii Europejskiej Platforma Obywatelska wie, jak budować skuteczne koalicje, jak negocjować i jak przekonywać partnerów do naszych racji.”

Co jest szalenie ciekawe, jako, że Unia Europejska nie ma wspólnej polityki zagranicznej. Oczywiście, jest Minister Spraw Zagranicznych Unii Europejskiej - Lady Catherine Ashton, natomiast jej rola jest bardziej reprezentacyjna niż polityczna.

 

„W obecnym świecie nie wystarczy zdefiniować naszej racji stanu, trzeba wiedzieć, w jaki sposób efektywnie ją realizować. Nasi partnerzy na świecie, w Unii czy też w relacjach bilateralnych słusznie spodziewają się, że w swoich działaniach będziemy kierowali się przede wszystkim interesem naszych obywateli. Po poważnym partnerze oczekuje się  jednak przewidywalności. W swoich działaniach rząd premiera Donalda Tuska wykazuje się dojrzałością i pragmatyzmem. Naszą dewizą stało się stwierdzenie:  „Realizujemy nasze interesy, ale nie jesteśmy interesowni”.”

Spokojna i wyważona polityka, z paroma poważnymi błędami (np. w postaci zbyt silnej woli polskiego rząd co do obecności amerykańskich wojsk na terenie  Polski).  W kwestii stylu uprawiania dyplomacji, PO ma rację.

 

PO ma dobre podejście do wzmacniania Unii Europejskiej:

„Wierzymy, że odpowiedzią na dzisiejszy kryzys gospodarczy i niepewne środowisko międzynarodowe jest „nie mniej, a więcej Europy”, dlatego wspieramy  wzmacnianie unijnych instytucji wspólnotowych, a także ściślejszą koordynację polityk gospodarczych prowadzonych przez poszczególne państwa członkowskie, a także dokończenie budowy jednolitego rynku. W ramach Prezydencji przygotowujemy unijne rozporządzenia i dyrektywy, które wzmacniają zarządzanie gospodarcze w Unii, a ich celem  jest trwałe zabezpieczenie Europy przed kolejnymi kryzysami (tzw. Sześciopak).”

a także wobec zdrowych relacji z sąsiadami:

„Znacząco poprawiliśmy relacje z naszym najważniejszym sąsiadem i najważniejszym aktorem życia Unii Europejskiej – Niemcami . Wspólnie podejmujemy działania na rzecz demokratyzacji naszego sąsiedztwa na Ukrainie i na Białorusi. Uzyskaliśmy lepsze warunki funkcjonowania społeczności polskiej w Niemczech.”

Co bardzo ważne, program PO wspomina o zapomnianej już Grupie Wyszechradzkiej, a także o Trójkącie Weimarskim i ich ważnym znaczeniu w polskiej polityce zagranicznej:

„Razem z Niemcami i Francją reaktywowaliśmy Trójkąt Weimarski na szczeblu szefów państw i rządów, gdzie rozmawiamy m.in. o relacjach Unii z Rosją, o polityce sąsiedztwa,  a także o współpracy obronnej.” 

a także:

„Wypracowaliśmy najlepsze  w historii stosunki z Czechami, Słowacją czy Węgrami. W sprawach kluczowych staramy się koordynować nasze stanowisko w Unii Europejskiej. Funkcjonowanie Grupy Wyszehradzkiej jest dla państw Partnerstwa Wschodniego jasnym sygnałem, że współpraca regionalna może prowadzić do członkostwa w Unii.”

PO napisała też o stosunkach Polski z Obwodem Kaliningradzkim. Problem żeglugi w cieśninie Pilawskiej a także ruchy granicznego z Kaliningradem został rozwiązany:
 
„W relacjach z Rosją nastąpiły zmiany świadczące o poprawie, także ze względu na silną pozycję Polski w Unii Europejskiej. Wynegocjowaliśmy umowę o małym ruchu granicznym, stwarzającą możliwość otwarcia się Obwodu Królewieckiego na Europę. Możliwa jest żegluga przez Cieśninę Pilawską.”

Może się to wydawać problemem regionalnym i zatem mało istotnym dla stosunków między oboma krajami , natomiast fakt, że do pogorszenia doszło w 2006 roku za rządów PiS sugeruje, że jest to jeden z wyznaczników naszych stosunków z Rosją. To takie sprawy, a nie listy katyńskie lub Smoleńsk, służą w określaniu statusu obecnych stosunków.

Kolejnym punktem programu PO dot. polityki zagranicznej są stosunki Polska-USA. PO pisze, że:

„W relacjach z USA staramy się prezentować politykę opartą na zasadzie wzajemności. W jej ramach wynegocjowaliśmy dobre porozumienia o rozmieszczeniu elementów systemu obrony przeciwrakietowej i o statusie wojsk amerykańskich w Polsce,  z zachowaniem pierwszeństwa polskiej jurysdykcji.”

O ile wymuszenie pierwszeństwa polskiej jurysdykcji jest naprawdę dużym osiągnięciem. Na wyspie Okinawa w Japonii, gdzie Amerykanie mają największą bazę poza terenem Stanów Zjednoczonych, dochodzi do incydentów z żołnierzami amerykańskimi i lokalną ludnością cywilną. Zazwyczaj tacy żołnierze są wywożeni przez odpowiednie służby (w wypadku US Marines jest to NCIS – Naval Criminal Investigative Service) do Stanów Zjednoczonych, gdzie dostają wyrok i gdzie go odbywają. W naszym wypadku, dochodziło by do procesów w Polsce, natomiast wyrok mógłby być wykonany w USA.  Taki zapis świadczy o zdrowym rozsądku polskiej dyplomacji a także o tym, że Amerykanie w miarę poważnie podchodzą do współpracy z nami na naszym terytorium.

Pierwszym programem dot. polityki zagranicznej w mainstreamie polskiej polityki w tej kampanii wyborczej, był program SLD.

Parę kwestii które SLD słusznie porusza na początku swojego programu to:

„stworzenie spójnej „Strategii polityki zagranicznej RP”, w której

przedstawione zostaną interesy narodowe Polski oraz instrumenty

ich realizacji tak na poziomie strategicznym, jak i operacyjnym;”

konsultacje ze wszystkimi siłami politycznymi w kraju na temat

kształtowania polskiej polityki zagranicznej;”

Jest to na pewno słuszna sprawa, szczególnie, że podniesiona została podczas debaty także przez Pawła Kowala (PJN).

Dalej SLD pisze:

„opracowanie otwartej i humanitarnej polityki migracyjnej RP,

odpowiadającej rozwiązaniom wspólnotowym, pozwalającej skutecznie

uniknąć ekonomicznej, społecznej i kulturowej alienacji

imigrantów;”

Biorąc pod uwagę problemy państw Europy Zachodniej z imigrantami i ich asymilacją, jest to na pewno ważny punkt w polskiej polityce zagranicznej.

Ostatni ciekawy punkt w pierwszej części programu SLD to angażowanie szkolnictwa wyższego, organizacji pozarządowych i stowarzyszeń w stosunkach Polski z innymi krajami:

„potrzebę uspołecznienia polskiej polityki zagranicznej, między

innymi poprzez rozbudowę systemu doradztwa dla polityki zagranicznej

RP (rola środowisk eksperckich, akademickich) oraz współdziałanie

z organizacjami pozarządowymi i stowarzyszeniami społecznymi;

znaczącą rolę w budowaniu więzi z innymi państwami

powinna odgrywać polska oświata i nauka poprzez rozbudowanie

kontaktów młodzieży oraz systemy stypendialne; należy również

skuteczniej wykorzystywać dotychczasowe osiągnięcia w tym zakresie,

nawiązując kontakty z obcokrajowcami wykształconymi

wcześniej w Polsce, co może mieć korzystny wpływ na relacje z szeregiem

nawet odległych geograficznie państw, np. z Wietnamem,

Chinami, czy państwami Afryki.”

Jest to na pewno ciekawy pomysł, natomiast wymaga on inicjatywy rządowej – poprzez tworzenie i finansowanie takich ośrodków. Można na przykład myśleć o stworzeniu Instytutu Polsko-Wietnamskiego we współpracy polskiego i wietnamskiego MSZ, razem z najlepszymi uczelniami w danych krajach. Niestety, bez inicjatywy i środków rządowych, taki projekt ma małe szanse na realizację.

Absurdalnym pomysłem SLD jest Trójkąt Kaliningradzki:

„Na wzór Trójkąta Weimarskiego powinien być rozwijany Trójkąt

obejmujący Polskę, Niemcy i Rosję, który mógłby przyjąć nazwę

Trójkąta Kaliningradzkiego, czyli miasta symbolizującego powiązania

historyczne tych trzech państw i narodów. W ramach tego Trójkąta szczególną

rolę mogłaby odgrywać współpraca polityczno – wojskowa oraz szeroko

rozumiane bezpieczeństwo europejskie. W ten sposób wsparlibyśmy

ideę bezpieczeństwa kooperatywnego w relacjach NATO z Rosją.”

Przyznam zupełnie szczerze – nie mam zielonego pojęcia, jak dwa kraje natowskie mogłyby współpracować militarnie z Rosją POZA strukturami NATO. Pomijając problem językowy (jaki język byłby językiem roboczym), przez sferę działań (co z Białorusią, Ukrainą i krajami bałtyckimi), po sens istnienia takiego sojuszu (przed kim miałby się bronić). Jedynym w miarę rozsądnym wariantem wydaje się współpraca wojskowa Polski, Niemiec i Rosji w katastrofach naturalnych, gdzie wojska z Kaliningradu mogłyby ewentualnie pomagać Polsce/Niemcom i vice versa. Oczywiście pozostają kwestie organizacyjne, jak podobne lub jednakowe wyposażenie, język roboczy, jak i brak wspólnych standardów szkolenia.

Kolejnym dziwnym pomysłem SLD jest reforma światowego systemu finansowego:

„Sojusz Lewicy Demokratycznej – formacja socjaldemokratyczna

– opowiada się za polityką promującą bardziej sprawiedliwy porządek

międzynarodowy, oparty na demokracji i poszanowaniu praw

człowieka oraz uwzględniający potrzeby państw z innych regionów

świata. Wymaga to, między innymi, reformy kluczowych międzynarodowych

instytucji politycznych i gospodarczych: Organizacji Narodów

Zjednoczonych, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku

Światowego, Światowej Organizacji Handlu.”

Partia, która w wyborach parlamentarnych może mieć problemy z uzyskaniem wyniku dwucyfrowego, marzy o reformie podstaw globalnego świata. Cieszy to, że w SLD nadal są ludzie z doskonałym poczuciem humoru.

Ostatnią ciekawostką z programu SLD jaką chciałbym przytoczyć jest pomysł powrotu do uczestnictwa w misjach pokojowych ONZ:

„Działając na rzecz zapobiegania i rozwiązywania konfliktów

międzynarodowych, Polska powinna kontynuować politykę zaangażowania

w misjach stabilizacyjnych, decydując się także na powrót

do udziału w operacjach pokojowych ONZ. Wysyłanie wojsk polskich

za granicę powinno jednak być przedmiotem publicznej debaty

i społecznej kampanii informacyjnej. Ostateczną decyzję powinien

podejmować w tej sprawie Sejm RP. Za istotne uznać trzeba ograniczenie

stosowania siły w stosunkach międzynarodowych i respektowanie

nadrzędnej roli prawa międzynarodowego, zwłaszcza przez

mocarstwa.”

SLD ma tutaj całkowitą rację. Jedyne co mógłbym tutaj dodać, to konieczność lepszej nauki języków obcych wśród żołnierzy RP. Katastrofa smoleńska udowodniła, że choć załoga „mówi dobrze po rosyjsku” to może się okazać, że na papierze jest jedno, a w sytuacji podbramkowej drugie.

Ogólnie rzecz biorąc, program PO jest lepszym programem od programu SLD. Jest to po części dlatego, że twórcy tego programu pracują w MSZ i mają dostęp do różnych ciekawych informacji, ale i dlatego, że PO mniej więcej rozumie zapotrzebowanie na dzisiejszą politykę zagraniczną. Preferują oni politykę spokojną, stabilną ale i stanowczą. Choć popełniają błędy (jak w próbach zorganizowania stacjonowania amerykańskich żołnierzy w Polsce, choć jak wiadomo nie jest to gwarancją pokoju, o czym świadczy konflikt gruzińsko-rosyjski z 2008 roku), a ministrem spraw zagranicznych jest człowiek o średniej ogładzie dyplomaty, to jest to zdecydowanie lepsza opcja od innych partii. Podczas debaty w TVN24 Sikorski wypadł najlepiej, natomiast Siwiec wyszedł na zdenerwowanego i niedoinformowanego, starając się załagodzić sytuację dziwnymi dowcipami.

Patrząc na działania SLD w kwestii polityki zagranicznej wydaje mi się, że ponieważ SLD nie przewiduje (zresztą słusznie) sytuacji, w której mieliby cokolwiek do czynienia z aktywną polityką zagraniczną w ciągu najbliższej kadencji Sejmu, postanowili temat polityki zagranicznej potraktować po macoszemu i oddać go do przygotowania osobom bez odpowiedniego przygotowania. Stałe nawoływanie o przyjęcie już przyjętej Karty Podstawowej (co zostało udowodnione w debacie w TVN24 przez Sikorskiego), jak i tworzenie takich potworków polityczno-prawno-organizacyjnych jak Trójkąt Kaliningradzki lub reforma fundamentów świata globalnych finansów sugeruje, że SLD potrzebuje na gwałt ekspertów od stosunków międzynarodowych. Oczywiście należy oddać sprawiedliwość SLD i wspomnieć, że pomysły powrotu do misji pokojowych ONZ jak i tworzenia ośrodków współpracy międzypaństwowej podpartej ośrodkami kulturalno-społeczno-naukowymi są bardzo dobre. Wymagają oczywiście dopracowania i wybrania odpowiednich krajów do współpracy, natomiast same idee są zacne.



niedziela, 03 lipca 2011
Goła Rzeczypospolita czyli IV rozbiór.

Środowiska skrajnie prawicowe (choć znajdujące się w mainstream’ie jak np. PiS) twierdzą, że Polska  za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego nie jest krajem w pełni suwerennym. Przykładem takiej wypowiedzi jest prezentacja programu Prawa i Sprawiedliwości przez Jarosława Kaczyńskiego podczas ostatniej konferencji programowej PiS. Prezes Prawa i Sprawiedliwości jest szefem opozycji (jako, że jest szefem głównej partii opozycyjnej) i rzeczywiście, jako taki się zachowuje. Problem polega na tym, że Jarosław Kaczyński pomieszał trochę prawdy historyczne i rzeczywisty stan prawny. Mam nadzieję, że ten tekst pomoże wyjaśnić te kwestie.

 

Suwerenność według Słownika Języka Polskiego oznacza:

 

„1. niepodległy, niezależny od innego państwa; 2. panujący, mający władzę zwierzchnią; 3. niezależny, niezawisły”

Organizacja Narodów Zjednoczonych natomiast w swojej Karcie precyzuje kto może zostać jej członkiem (Rozdział II, art. 4, pkt.1):

„W poczet członków Organizacji Narodów Zjednoczonych może być przyjęte każde inne państwo miłujące pokój, które przyjmie zobowiązania zawarte w niniejszej Karcie i, zdaniem Organizacji, zdolne jest i pragnie zobowiązania te wykonywać.”  (Pogrubienie autora)

Zatem aby zostać członkiem ONZ którym jesteśmy od samego początku istnienia tej organizacji (tj. od października 1945) należy być krajem suwerennym, zdolnym do samorządności. To oczywiście w teorii, ponieważ nikt poważny Tymczasowemu Rządowi Jedności Narodowej nie przypisze suwerenności, a po 1947 roku i Małej Konstytucji, Polska krajem suwerennym nie była. W związku z tym warunek suwerenności w przyłączeniu do ONZ nie będzie tutaj argumentem (ponieważ status Polski w momencie przyjęcia nie był niezależny).

 

Zatem podsumowując wątek definicji – suwerenność kraju oznacza samodzielność w rządzeniu i niezależność decyzyjną na swoim terytorium. Nie wspominam tutaj o suwerenności gospodarczej i śpieszę wyjaśniać dlaczego. Otóż parę wieków temu była możliwość, aby kraje były samowystarczalne. Dzisiaj, jest to po prostu fizycznie niemożliwe. Potężny postęp technologiczny spowodował, że materiały potrzebne do produkcji tak wielu rzeczy są niemożliwe do otrzymania wewnątrz kraju lub za opłacalną cenę. Dodatkowo, niektóre kraje specjalizują się w produkcji poszczególnych rzeczy – np. Niemcy są ekspertami od dobrych samochodów, Szwajcarzy od zegarków a Japończycy od elektroniki. Oczywiście jeżeli ktoś mi pokaże np. dobry japoński samochód (np. Toyotę) to nie zaprzeczę – chodzi o ogólny przykład. Wystarczy poszukać w domu przedmiotu z napisem „Made in China” – zazwyczaj znalezienie takowego zajmuje minutę. Ale dlaczego o tym piszę – chodzi o regulacje Unii Europejskiej dotyczące produkcji, pakowania, oznakowania i sprzedawania produktów (szczególnie żywnościowych) ale i całej gospodarki. Będąc w Unii Europejskiej i chcąc wymieniać się z nimi produktami i usługami, nie możemy nie zgadzać się z regulacje i zasady gry. Do tematu samowystarczalności powrócę w dalszej części tekstu.

Będąc oczywiście członkiem Rady Unii Europejskiej i mając realny wpływ na dyrektywy i regulacje (w końcu to tam mamy teraz prezydencję), tak naprawdę nie delegujemy części naszej suwerenności do Unii Europejskiej, tylko wspólnie decydujemy nad pewnymi aspektami dotyczącymi WSZYSTKICH krajów członkowskich. Jest oczywiście wyjątek Wielkiej Brytanii, gdzie odstępuje ona od takich rzeczy jak np. wspólna waluta albo strefa Schengen, jak i podczas Traktatu Lizbońskiego z tzw. protokołem brytyjskim do którego Polska  za rządów PiS się „podczepiła”. Long story short – rządzący wtedy  PiS  chciał, żeby Polska miała furtkę w prawie europejskim – czyli np. nieuznanie małżeństw homoseksualnych za równe heteroseksualnym. Brytyjczykom chodziło bardziej o ich różniący się od „kontynentalnego” system prawny, bardzo często oparty na sprawach (w UK nie ma np. ustawy która reguluje karę za  zabójstwo – wyroki oparte są na sprawach, tzw. cases).

 

Tak naprawdę pomysł na ten tekst miałem od pewnego czasu ale odkładałem pisanie z prostego powodu – niechęci do gmerania w odmętach Internetu w poszukiwaniu bardziej znanych osób twierdzących, iż nie jesteśmy krajem suwerennym.  Ojciec Tadeusz Rydzyk na konferencji w Europarlamencie stwierdził, że Polska jest krajem totalitarnym. Dodał także, że od 1939 roku Polską nie rządzą Polacy.  Nawet jeżeli mielibyśmy wypowiedź Rydzyka potraktować poważnie, system totalitarny kraju nie oznacza suwerenności. Przykładami tego mogą być Białoruś i Korea Północna.  W pierwszym wypadku kraj uzależniony politycznie i gospodarczo od Rosji, w drugim przypadku kraj uzależniony od pomocy humanitarnej zewnątrz, pomimo  sugerowania swojej samowystarczalności. O tym, czy Polacy rządzili Polską do ’89 roku niech przesądzają historycy – natomiast na pewno nie możemy tutaj mówić o suwerenności. Po roku ’89 mamy już inną sytuację. Jesteśmy krajem suwerennym i mamy własną konstytucję (z ’97 roku) która jasno wykłada to, kto rządzi krajem.

Rozdział V, zatytułowany „Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej” , art. 126, punkt 1 stanowi, że:

„Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej.”

To gwoli wyjaśnianie odnośnie tego, kim prezydent jest.

Co robi prezydent wyjaśnia punkt 2 ww. artykułu:

„Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium.”

Sugerowałoby to, że prezydent jest gwarantem bezpieczeństwa i suwerenności w państwie – w końcu jest to jedyna funkcja w państwie której w razie opróżnienia urzędu nie przejmuje zastępca – tutaj przejmuje ją marszałek Sejmu z automatycznym wymuszeniem przeprowadzenia wyborów w ciągu maksymalnie dwóch i pół miesiąca (konstytucja art. 128, punkt 2; art. 131)

Art. 127, punkt 1 jasno wykłada to, kto wybiera prezydenta i w jaki sposób:

„Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany przez Naród w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i w głosowaniu tajnym.”

W dwudziestoletniej historii Polski nie było do tej pory żadnych unieważnionych wyborów prezydenckich, lub wyborów w których standardy demokratyczne byłyby podważane przez np. OBWE.  Poza tym, prezydenta wybierają tylko obywatele RP.

I tutaj ostatnia rzecz dotycząca prezydenta i jego „polskości”;  art. 127, punkt 3:

„Na Prezydenta Rzeczypospolitej może być wybrany obywatel polski, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 35 lat i korzysta z pełni praw wyborczych do Sejmu. Kandydata zgłasza co najmniej 100 000 obywateli mających prawo wybierania do Sejmu.”  (pogrubienie autora)

Zatem, prezydentem może zostać tylko obywatel polski, notabene wybierany przez pozostałych obywateli w wyborach powszechnych.  Ponieważ z tą konstytucją mieliśmy trzech prezydentów (Kwaśniewski w 2000, Kaczyński w 2005 i Komorowski w 2010), możemy spokojnie stwierdzić, że najwyższymi przedstawicielami Polski byli obywatele polscy.

Zatem jeżeli prezydentem może być tylko obywatel polski , to może Rydzykowi chodziło o Radę Ministrów? Otóż Rozdział VI konstytucji zatytułowany „Rada Ministrów i Administracja Rządowa” nie stwierdza, czy premier/minister musi być polskim obywatelem. Natomiast stałą praktyką w polityce jest, aby premierami byli posłowie. Od roku ’97 na sześciu premierów, tylko jeden  nie był posłem w czasie obejmowania urzędu (Marek Belka w latach 2004-5). Jeżeli tą regułę zastosujemy wobec wcześniejszych premierów  to zobaczymy, że każdy z nich musiał mieć obywatelstwo polskie (9 premierów). Łącznie, na siedemnastu prezesów rady ministrów od roku 1989, tylko jeden nie był posłem i zatem nie miał wymogu posiadania obywatelstwa polskiego do pełnienia swoich obowiązków. Dlaczego o tym piszę?

Otóż Rozdział IV konstytucji, art. 99 punkt 1 i punkt 2 stanowią, że:

Punkt 1: „Wybrany do Sejmu może być obywatel polski mający prawo wybierania, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 21 lat.” (pogrubienie autora)

Punkt 2:  „Wybrany do Senatu może być obywatel polski mający prawo wybierania, który najpóźniej w dniu wyborów kończy 30 lat.” (pogrubienie autora)

Skoro ustaliliśmy, że Polską rządzą Polacy, czas ustalić, czy Polska jest krajem suwerennym. Prezes PiS Jarosław Kaczyński stwierdził kiedyś, że Polska jest kondominium rosyjsko-niemieckim. Zanim zastanowimy się nad samą suwerennością , ustalmy wpierw czym jest kondominium. Słownik Języka Polskiego stanowi, że:

„kondominium - condominium; 1. posiadłość kolonialna zarządzana wspólnie przez co najmniej dwa państwa-metropolie 2. zespół budynków, mieszkań, posesji, z których każda jest prawnie własnością prywatną”  (pogrubienie autora)

Oznacza to, że według prezesa PiS jesteśmy kolonią niemiecko-rosyjską. Ponieważ jedyna publiczna kwestia która dotyczy Polski, Rosji i Niemiec jednocześnie to Gazociąg Północny (Nordstream), nie powinna ona być dołączana do dyskusji o suwerenności. Dlaczego? Ponieważ naszą suwerenną decyzją było to, aby gazociąg nie szedł przez nasze terytorium  (czyli przez morze terytorialne). Sprawa ta tak naprawdę naszej suwerenności nie dotyczy.  Jak najbardziej natomiast dotyczy ona naszego interesu narodowego i profitów gospodarczych płynących z takiego projektu, tak jak np. problem z zablokowaniem portu w Świnoujściu.

Ponieważ ciężko mi doszukiwać się racjonalnych przyczyn w rozumowaniu prezesa PiS i zatem jakichkolwiek dowodów na takie stwierdzenie, wyjaśnię tą kwestię czysto teoretycznie, przy użyciu konstytucji.

Rozdział I konstytucji, art. 2 stanowi, że:
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.” (pogrubienie autora)

O ile ze sprawiedliwością społeczną możemy mieć problemy, z demokracją na pewno problemów nie mamy. Wybory są przeprowadzane w określonych terminach na z góry znanych zasadach, wybory wygrywa partia mająca najwięcej głosów, i to ta partia ma jako pierwsza tworzyć rząd.  Jeżeli ktoś ma dowody na brak demokracji (czyli władzy ludu, władzy większości) w Polsce, zapraszam serdecznie do komentowania. Z góry proszę o dowody w postaci linków do informacji. Dodam także, że nie przypominam sobie zarzutów OBWE odnośnie nie demokratycznych wyborów w ciągu ostatnich 20 lat. 

Art. 3 konstytucji stanowi, że:

„Rzeczpospolita Polska jest państwem jednolitym.”

Zatem nie jesteśmy podzieleni na żadne kondominium – Polska, pomimo różnic poglądów, jest jednością.

Art. 4 konstytucji, punkt 1 i 2 stanowią, że:

Punkt 1: „Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu.”

Punkt 2: „Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio. „

Poprzez wybory parlamentarne, samorządowe, prezydenckie, do euro parlamentu a także referenda.

W końcu, art. 5 stanowi, że:

„Rzeczpospolita Polska strzeże niepodległości i nienaruszalności swojego terytorium, zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, strzeże dziedzictwa narodowego oraz zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju.”

Czyli, Rzeczypospolita Polska jest krajem suwerennym, niezależnie rządzącym na swoim terytorium.

 

Czytając o braku suwerenności w Polsce wydaje mi się, że osoby te (jak np. Jarosław Kaczyński) często mylą ten termin z samowystarczalnością, znaną także jako autarkią. Na stronie www.mypis.pl możemy przeczytać, że:

„Na podstawie całkiem dobrego programu PiS i własnych pomysłów staramy się zaprojektować wolną Polskę, która będzie całkowicie samowystarczalna, silna gospodarczo, w pełni suwerenna, niepodległa. Celem jest dobrobyt wszystkich Polaków. „ (pogrubienie autora)

Autarkia gospodarcza oznacza brak importu i eksportu. Oznacza zatem konieczność przetrwania kraju przy własnych zasobach naturalnych. Dla przypomnienia: Aleksandr Łukaszenka zapowiedział, że jeżeli sytuacja gospodarcza Białorusi będzie się dalej pogarszała, dojdzie wtedy do zamknięcia granic i kupowania tylko tego, co niezbędne. Nawet on wie, że w XXI wieku nie jest to rozwiązanie rozsądne. Dla zakończenia wątku o samowystarczalności, oto jak Północna Korea radzi sobie ze swoją samowystarczalnością.

 

Na koniec chciałbym zadedykować wszystkim tym, którzy powiedzą „konstytuta prostytuta”, pewien jej zapis:

Rozdział I pt. Rzeczypospolita, art. 8, pkt. 1 stanowi, że:

„Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej.”



wtorek, 19 kwietnia 2011
Bo Polak zawsze wie lepiej, czyli o co chodzi z ludobójstwem i Katyniem

Obserwując debatę o Katyniu i ludobójstwie, wywołaną przez usunięcie nielegalnie postawionej tablicy grupy „Katyń 2010” na miejscu katastrofy polskiego Tu-154M, nie spodziewałem się, że nawet najrozsądniejsi politycy prawicy polskiej puszczą poręcz i polecą ideolo w tej sprawie. Prawo i Sprawiedliwość wraz ze swoim zapleczem intelektualnym zażądało od prezydenta Komorowskiego dymisji swojego doradcy ds. międzynarodowych, profesora Romana Kuźniara. Przyczyną dymisji miała być wypowiedź profesora dotycząca zbrodni katyńskiej i jego odmowy uznania tego za ludobójstwo, powołując się na prawo międzynarodowe.. Burza jaka rozpętała się po tej wypowiedzi przeszła moje najśmielsze oczekiwania, a wisienkę na torcie zapodał europoseł Janusz Wojciechowski na swojej stronie internetowej oskarżając profesora Kuźniara o zdradę. W całej tej debacie wszyscy cytują odpowiednie prawo ale nikt nie sili się na jego analizę. Pomijane także są fakty otaczające całą sprawę.

Wiosną 1940 roku doszło w Katyniu, wsi niedaleko Smoleńska w Związku Radzieckim (dziś Federacja Rosyjska, obwód smoleński) do masowej egzekucji oficerów polskich. Wedle Andrzeja Kaczyńskiego piszącego w „Rzeczpospolitej” 12 kwietnia 2000 roku, w Katyniu zginęło około 22 tysięcy osób:

Pierwszy dowód kłamstwa Przez pół wieku termin "zbrodnia katyńska" był odnoszony wyłącznie do czternastu i pół tysięcy jeńców z trzech wymordowanych obozów. Dzięki dokumentom, wydanym stronie polskiej na polecenie prezydenta Rosji Borysa Jelcyna w 1992 roku, można było dopisać do tej listy siedem i pół tysiąca więźniów NKWD, straconych na mocy tej samej decyzji Biura Politycznego KPZR z 5 marca 1940 roku; imienne listy ofiar zbrodni, miejsca i dokładne daty śmierci w większości wciąż pozostają nieznane.

Samą zbrodnię katyńską także potwierdziła rosyjska Duma Państwowa w swojej uchwale pt. „O tragedii katyńskiej i jej ofiarach”:

Siedemdziesiąt lat temu rozstrzelano tysiące polskich obywateli, którzy byli przetrzymywani w łagrach NKWD dla jeńców wojennych, a także w więzieniach zachodnich obwodów Ukraińskiej i Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. „ (fragment)

Ponieważ proces przekazywania dokumentów i tworzenia list jest ciągle w toku, możemy ogólnie stwierdzić, że zbrodnia miała miejsce. I Rzeczypospolita Polska i Federacja Rosyjska potwierdzają ten fakt. Przejdźmy zatem do prawnej strony burzy, jaką wywołała grupa „Katyń 2010” wywieszając swoją tablicę w Smoleńsku.

Zanim to zrobimy – słowo komentarza. Można oczywiście twierdzić, że Rosjanie mogli tę tablicę zostawić do czasu postawienia pomnika. Pamiętajmy jednak, że została ona usunięta po miesiącach bezowocnych starań ze strony rosyjskiej o jej „pokojowe” usunięcie. Została zamontowana nielegalnie i  dura lex sed lex. Nie wyobrażam sobie, co by się stało jakby Rosjanie w Ossowie zainstalowali tablicę po rosyjsku, bez zgody strony polskiej, do tego z kontrowersyjnym tekstem. Jedno jest pewne – spokojnie by nie było. Ale wróćmy do prawa i historii.

Profesor Roman Kuźniar stwierdził, że prawo międzynarodowe jest jednoznaczne
– zbrodnia katyńska miała znamiona ludobójstwa ale nim na pewno nie była. Doradca prezydenta mówiąc o prawie międzynarodowym ma na myśli pierwszy dokument w którym lemkinowskie słowo „genocide” padło, czyli ONZetowską „Konwencję o Prewencji i Karaniu Zbrodni Ludobójstwa”. Warto tutaj przytoczyć artykuły 2 i 3 tejże konwencji:

Article 2

In the present Convention, genocide means any of the following acts committed with intent to destroy, in whole or in part, a national, ethnical, racial or religious group, as such:

  • (a) Killing members of the group;

  • (b) Causing serious bodily or mental harm to members of the group;

  • (c) Deliberately inflicting on the group conditions of life calculated to bring about its physical destruction in whole or in part;

  • (d) Imposing measures intended to prevent births within the group;

  • (e) Forcibly transferring children of the group to another group.

Article 3

The following acts shall be punishable:

  • (a) Genocide;

  • (b) Conspiracy to commit genocide;

  • (c) Direct and public incitement to commit genocide;

  • (d) Attempt to commit genocide;

  • (e) Complicity in genocide. „ (Pogrubienie autora)

Artykuł drugi jasno i klarownie definiuje, kto może być ofiarą ludobójstwa. Grupy narodowościowe, etniczne, rasowe lub religijne. Do tego miejsca rację ma np. profesor Kulesza mówiąc, że zbrodnia katyńska to ludobójstwo:

Zbrodnię katyńską należy kwalifikować z uwzględnieniem nie tylko 22 tys. zamordowanych na mocy polecenia z 5 marca 1940 r., ale również z uwzględnieniem rodzin zamordowanych, które zostały zesłane w stepy Kazachstanu na powolną śmierć. Nie ulega zatem najmniejszej wątpliwości, że celem zbrodni katyńskiej była eksterminacja całej grupy narodowościowej Polaków, a nie tylko jeńców wojennych” (Pogrubienie autora)

Niestety, słowa „committed with an intent to destroy” są tutaj bardzo jasne. Musi być jasna intencja zniszczenia grupy, lub jej części. Ponieważ jedyną grupą do jakiej moglibyśmy ewentualnie zaliczyć Katyń to grupa narodowościowa (choć nie do końca, o czym za chwilę), nastaje pytanie: gdzie taka intencja była wyłożona? Czy istnieje dokument potwierdzający ogólne planowanie zniszczenia narodowości polskiej? Nie. Ideologia sowiecka nigdy czegoś takiego nie zakładała ani nie sugerowała. Śmierć oficerów w Katyniu to przykład egzekucji politycznych i zbrodni wojennych – natomiast w żadnym wypadku ludobójstwa.

Artykuł trzeci zawiera w punktach „b” i „c” sugestie, odnośnie tego jak należy na ludobójstwo spoglądać. Oprócz samego aktu ludobójstwa, karana jest także posiadana intencja i podżeganie do zbrodni. Zatem możemy zaakceptować fakt, że ludobójstwo to nie tylko zabójstwo dużej liczby osób – pewne warunki muszą być spełnione. Przede wszystkim, musi być zamiar popełnienia czynu – czy jest on wykonany czy nie, to inna kwestia. Zarzuci mi ktoś, że istnieje rozkaz Berii, ergo sugerujący planowanie. Podając za stroną katyn-1940.pl:

5 marca 1940 r. Ławrientij Beria – Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych ZSRR skierował do Józefa Stalina notatkę nr 794/B (794/Б), w której po zdefiniowaniu, że polscy jeńcy wojenni (14 736 osób – w tym 97 proc. Polaków) oraz więźniowie w więzieniach Zachodniej Białorusi i Ukrainy (18 632 osoby, z tego 1207 oficerów – w tym ogółem 57 proc. Polaków) stanowią “zdeklarowanych i nie rokujących nadziei poprawy wrogów władzy radzieckiej”, stwierdził, że NKWD ZSRR uważa za uzasadnione:

  • rozstrzelanie 14,7 tys. jeńców i 11 tys. więźniów, bez wzywania skazanych, bez przedstawiania zarzutów, bez decyzji o zakończeniu śledztwa i aktu oskarżenia,

  • zlecenie rozpatrzenia spraw i podejmowania decyzji trójce w składzie: Wsiewołod Mierkułow (wpisany odręcznie prawdopodobnie przez Stalina powyżej skreślonego nazwiska Berii), Bogdan Kobułow, Leonid Basztakow.

Notatka posiada cztery zatwierdzające podpisy: Stalina, Woroszyłowa, Mołotowa i Mikojana oraz dopiski – Kalinin – za, Kaganowicz – za. Zgodnie z notatką Biuro Polityczne KC WPK (b) tego dnia wydało decyzję nr P13/144 z zaproponowaną przez Berię treścią. „ (Pogrubienie autora)

Zatem jedyna intencja wyrażona tutaj dotyczyła tylko i wyłącznie jeńców wojennych przebywających w tamtym czasie w obozach jenieckich – nie było żadnej wzmianki o całości grupy narodowościowej albo nawet o wszystkich polskich oficerach. Jak zresztą doskonale wiemy, gdyby taka intencja była, nigdy nie powstałaby Armia Berlinga
. Zwolennikom teorii ludobójstwa polecam sprawdzenie czy istniały jakiekolwiek jednostki żydowskie w Wermachtcie albo SS podczas II Wojny Światowej, kiedy to rzeczywiście doszło do ludobójstwa. Dodatkowo, w tej samej notce jest informacja o planowanej egzekucji oficerów i żołnierzy innych narodowości. Zatem nawet sam rozkaz nie był wystawiony przeciwko jednej grupie narodowościowej.

Zabójstwo jeńców wojennych narusza ex post facto Pierwszą Konwencję Genewską, artykuł 1 i artykuł 1 podpunkt „a”

Art. 3. In the case of armed conflict not of an international character occurring in the territory of one of the High Contracting Parties, each Party to the conflict shall be bound to apply, as a minimum, the following provisions:


(1) Persons taking no active part in the hostilities, including members of armed forces who have laid down their arms and those placed hors de combat by sickness, wounds, detention, or any other cause, shall in all circumstances be treated humanely, without any adverse distinction founded on race, colour, religion or faith, sex, birth or wealth, or any other similar criteria.
To this end, the following acts are and shall remain prohibited at any time and in any place whatsoever with respect to the above-mentioned persons:

(a) violence to life and person, in particular murder of all kinds, mutilation, cruel treatment and torture; ” (Pogrubienie autora)

Zatem Związek Radziecki popełnił zbrodnię wojenną, zabijając jeńców wojennych (których sam tak określił, według notki Berii). Dla zwolenników lex retro non agit, oto fragment IV Konwencji Hasksiej z 1907 roku, dotyczącej praw i zwyczajów wojny lądowej i aneks do niej zatytułowany „Regulacje dotyczące praw i zwyczajów wojny lądowej”, sekcja pierwsza „O przeciwnikach”, rozdział drugi „Jeńcy wojenni”:

Artykuł 4:
Prisoners of war are in the power of the hostile Government, but not of the individuals or corps who capture them. They must be humanely treated. All their personal belongings, except arms, horses, and military papers, remain their property.“

A także artykuł 7:

The Government into whose hands prisoners of war have fallen is charged with their maintenance .In the absence of a special agreement between the belligerents, prisoners of war shall be treated as regards board, lodging, and clothing on the same footing as the troops of the Government who captured them.

Czyli jeńcy wojenni mają być traktowani humanitarnie a opieka nad nimi spoczywa na państwie które ich pojmało. Złośliwi mogliby powiedzieć, że sowieci i swoich żołnierzy zabijali, natomiast chodzi tutaj o zasadę prawną –  jeżeli uznajemy
lex retro non agit , obowiązująca IV Konwencja Haska 1907 została złamana przez Sowietów, którzy automatycznie dopuścili się zbrodni wojennej. Widzimy zatem, że zbrodnia katyńska ludobójstwem nie była, choć posiadała jej znamiona. Jest to ta właśnie różnica, która powoduje, że poseł nomen omen Prawa i Sprawiedliwości Adam Hofman chwali się swoją niewiedzą prawniczą twierdząc, że to jest to samo.


Obmówiwszy sekcję prawną zbrodni katyńskiej, pozostała nam tzw. „interpretacja polska”, czyli argumentacja jaką przedstawiają polscy politycy i intelektualiści forsujący teorię Katynia jako ludobójstwa
. Ponieważ jest ograniczenie w ilości słów na blox.pl, kończę tutaj swoją notkę i zapraszam do jej następnej części, o tutaj.

Bo Polak zawsze wie lepiej, czyli o co chodzi z ludobójstwem i Katyniem cz.2

Zaplecze intelektualne Prawa i Sprawiedliwości pisze, że:

„Katyń był ludobójstwem zarówno
bezpośrednio (jako akt eksterminacji polskiej inteligencji), jak również jako część ludobójczej polityki na ziemiach anektowanych przez Związek Sowiecki po 17 września 1939 roku. Kwalifikacja tej zbrodni wynika z artykułu II Konwencji ONZ w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. To nie tylko stanowisko naszego Państwa i polskiej opinii publicznej, ale również m.in. rosyjskich autorów Orzeczenia komisji ekspertów Naczelnej Prokuratury Wojskowej Federacji Rosyjskiej z 2 sierpnia 1993 roku.”

To może zacznijmy od rzeczy mniej prawnych a bardziej politycznych – prokuratura rosyjska parę razy zdanie zmieniała – na razie sprawa stoi na
:

Z ludobójczym charakterem zbrodni katyńskiej nie zgadza się rosyjska Główna Prokuratura Wojskowa, która w latach 1990-2004 prowadziła śledztwo ws. zbrodni katyńskiej i umorzyła je "z powodu śmierci winnych.

Zresztą, jak środowiska związane z PiS mogą wierzyć prokuraturze rosyjskiej w sprawie Katynia a nie wierzyć jej w np. sprawie katastrofy smoleńskiej? Przecież sam prezes Jarosław Kaczyński zapytał:

Na jakiej podstawie Donald Tusk ufa Rosjanom? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć.”

Wypowiedź prezesa tradycyjnie wyjęta z kontekstu dotyczyła śledztwa smoleńskiego, natomiast nie widzę powodów dla których należy rozgraniczać prokuraturę rosyjską w tych dwóch sprawach. Zatem, albo ufamy prokuraturze rosyjskiej i zgadzamy się z ich działaniem, albo nie. Wybiórcze zgadzanie się z poszczególnymi decyzjami prokuratury w wypadku kiedy one nam odpowiadają a następnie wyrażony brak zaufania do niej jest po prostu hipokryzją.

Przez media nie przebiły się dwie interpretacje popierające określanie zbrodni katyńskiej jako zbrodni wojennej a nie ludobójstwa. Jedna to interpretacja prof. Wieruszewskiego (), druga to interpretacja prof. Symonidesa. Ponieważ obie są podobne, przybliżę tę drugą:

- Półtora roku temu Sejm przyjął uchwałę, która mówi, że zbrodnia katyńska nosi znamiona ludobójstwa. To właściwe sformułowanie?

- Jest bardziej do zaakceptowania. Pozwala na kwalifikowanie tej zbrodni jako zbrodni wojennej i zbrodni przeciwko ludzkości, które nie ulegają przedawnieniu. Odpowiada na oczekiwania wewnętrzne, ale zarazem podkreśla, iż Katyń nie spełnia wszystkich prawnych kryteriów ludobójstwa
. „

Profesor jako jedno z kryteriów wymienia intencję ludobójstwa:

„ Udowodnienie zbrodni ludobójstwa wcale nie jest takie proste. Międzynarodowe trybunały karne wymagają udowodnienia wyraźnej intencji. Warto pamiętać i o tym, że konwencja o niestosowaniu przedawnienia wobec zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości, której Rosja i Polska są stronami, nie mówi o ludobójstwie. Z tego względu upieranie się, że Katyń był ludobójstwem, nie jest słuszne. Na gruncie prawa ludobójstwo ulega w Rosji przedawnieniu. „ (Pogrubienie autora)

Pozostaje nam trzecia i ostatnia sprawa tzw. „polskich interpretacji”. Jest nią zarzut jakoby Związek Radziecki oskarżając III Rzeszę o ludobójstwo podczas procesu norymberskiego wpadł w sidła, albowiem sam się niejako do tego przyznał. Doskonały tego przykład widnieje w wywiadzie z prof. Witoldem Kuleszą w „Rzeczpospolitej”:

-Czy można zmieniać kwalifikację prawną w zależności od tego, kim są sprawcy i ofiary?

Narodowość ofiar nie ma znaczenia. Wyżej cytowany akt oskarżenia mówi o „Żydach, Polakach, Cyganach i innych". Współczesna prokuratora wojskowa Rosji nie akceptuje kwalifikacji zbrodni katyńskiej jako ludobójstwa. W marcu 2004 r. Rosjanie odmówili pomocy prawnej Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu z uzasadnieniem, że rejestr przestępstw wojennych został określony przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy. Stwierdzili, że sprawcami mogli być tylko Niemcy lub z nimi sprzymierzeni. Na tej podstawie Rosjanie twierdzą, że po ich stronie mogło dojść tylko do przestępstw pospolitych, których ściganie się przedawniło.

Choć rosyjska prokuratura nie bierze pod uwagę zbrodni wojennych, to jednak mają po części rację. Tylko Niemcom i z nimi powiązanymi w sprawie Katynia można by było zarzucić ludobójstwo. Dlaczego? Otóż różnica jest właśnie w intencji – głównym „składniku” ludobójstwa.

Atak ZSRR na Polskę, choć przewidywany, nie był poprzedzony żadną propagandą ukazującą intencję zniszczenia narodu polskiego. Taki jest wymóg Konwencji o Prewencji i Karaniu Zbrodni Ludobójstwa
, artykuły 2 i 3. Natomiast o ile ZSRR nie posiadał polityki polofobicznej lub antypolskiej, to III Rzesza taką politykę jawnie propagowała. Jak? Spieszę wyjaśnić.

Głównym punktem zaczepienia antypolskiej polityki III Rzeszy to teoria o „Untermenschen” – czyli podludziach. Choć sama teoria powstała już w 1922 w książce Lothrop’a Stoddard’a (), została ona poszerzona i wprowadzona w życie za czasów III Rzeszy. Elementem uzupełniającym „Untermenschen” była teoria „Lebensraum” – czyli „przestrzeni życiowej” dla Aryjczyków na terenach dzisiejszej Wschodniej Europy (Polska, Białoruś i Ukraina, Rosja). Wraz z teoriami o „Untermenschen” i „Lebensraum”, potrzebny był plan jej wykonania. Takim właśnie był Generalny Plan Wschodni. Jak podaje strona „Holocaust Awareness”:

The Nazis rationalized that the Germans, being a super human (Übermenschlich) race, had a biological right to displace, eliminate and enslave inferiors.

Czyli nie mówimy tutaj tylko o rozszerzaniu strefy wpływów ale i także o intencji fizycznej eliminacji „podludzi” – czyli min. Polaków. Ian Kershaw w biografii Adolfa Hitlera zatytułowanej „Hitler: 1936-41 Nemesis” przybliża nastroje jakie panowały w Kancelarii Rzeszy na parę miesięcy przed 1 września 1939:

Nie chodzi  o Gdańsk. Dla nas ważne jest poszerzanie przestrzeni życiowej na wschodzie i zapewnienie dostaw żywności, a także rozwiązanie problemu państw bałtyckich. Żywność można pozyskać wyłącznie z obszarów o niskim zaludnieniu. Mniejsza o żyzność, gdyż niemieckie metody uprawy znakomicie podniosą efektywność produkcji rolnej. W Europie nie ma żadnego innego kierunku ekspansji” [Kershaw, 2002: 168] (Pogrubienie autora)

Jak sugeruje Kershaw, ani w Mein Kampf ani w innych formach Hitler nie wypowiadał się często o Polsce. [Kershaw, 2002: 211] Natomiast cytuje on fragment z Drugiej księgi:

W Drugiej księdze sugerował, że Polacy powinni zostać usunięci ze swojej własności, a ziemię należałoby oddać etnicznym Niemcom. Zdecydowanie przeciwstawił się, w tym samym krótkim ustępie, inkorporacji Polski do Rzeszy (jak to było przed rokiem 1914). „Państwo volkistowskie”, deklarował, „musi podjąć decyzję o izolowaniu tych etnicznie obcych elementów, aby nie pozwolić ponownie na skalanie (zersetzen) krwi naszego narodu, albo natychmiast je usunąć i przekazać ziemię (Grund Und Boden) towarzyszom naszego narodu” (Pogrubienie autora)

Jak widać, asymilacja  nie była brana pod uwagę – w najlepszym wypadku chodziło o niewolnictwo, w najgorszym o ludobójstwo.

Kershaw cytuje bardzo ciekawą wypowiedź adiutanta Ludolfa von Alvenslebena z dnia 16 października 1939 roku. Wypowiedź ta padła w Toruniu podczas spotkania z rekrutami „Volksdeutscher Selbstschutz” (Narodowa Niemiecka Samoobrona):

Jesteście teraz rasą panów. Niczego nie zbudowana łagodnością i słabością […] Dlatego oczekuję, tak jak oczekuje tego od was nasz Fuhrer Adolf Hitler, że będziecie zdyscyplinowani i razem staniecie się twardzi jak stal Kruppa. Nie bądźcie łagodni, bądźcie bezlitośni i usuńcie wszystko, co nie jest niemieckie i co mogłoby przeszkodzić w procesie tworzenia. „ (Pogrubienie autora)

Interesujący fakt przytacza Kershaw [Kershaw, 2002: 217]:

„ „Sąd Fuhrera o Polakach jest unicestwiający (vernichtend)”, zanotował Goebbels. „Bardziej zwierzęta niż istoty ludzkie […] Plugastwo Polaków jest niewyobrażalne”. Hitler nie chciał żadnej asymilacji. „Powinni zostać zepchnięci do swojego okrojonego państwa” […] „i pozostawieni wyłącznie samym sobie.

a także:

„ 12 września admirał Canaris, szef Abwehry, powiedział Keitlowi, że słyszał, „że w Polsce planuje się rozstrzeliwanie (Fusilierungen) na ogromną skalę, a […] w szczególności eksterminowani (ausgorottet) mają być przedstawiciele ziemiaństwa i kleru”. Keitel odparł, „że w tej sprawie Fuhrer podjął już decyzję”. Szef sztabu Halder miał już wtedy powiedzieć, że „intencją Fuhrera i Goringa było unicestwienie (vernichten) i eksterminowanie (auszrotten) narody polskiego” i że „o reszcie nie można nawet wspominać na piśmie”. „ (Pogrubienie autora).

Jak pisałem wcześniej, ONZetowska Konwencja o Zapobieganiu i Karaniu Zbrodni Ludobójstwa z 1949 roku stawia warunek intencji ludobójstwa jako podstawę do orzekania o ludobójstwie. To czy do niego dochodzi, jest sprawą drugorzędną. Natomiast jak powszechnie wiadomo, w II Wojnie Światowej zginęło ok. 2,5 miliona polskich cywilów. Dokładne dane nie są możliwe do określenia z powodu podziału ofiar na te zabite przez nazistów i sowietów.

Ostatnim punktem który jest wart wymienienia, to germanizacja polskich dzieci. Jak pisze Kershaw [2002: 283]:

W połowie maja, po wizycie w Polsce, Reichsfuhrer SS sporządził sześciostronicowe memorandum zatytułowane „Kilka myśli o postępowaniu z obcą ludnością na Wschodzie”, w którym szczegółowo wyłożył brutalny plan selekcji rasowej w Polsce, w tym zabieranie dzieci z dobrym rasowo pochodzeniem do Niemiec oraz wyrugowanie świadomości etnicznej u pozostałych osób przez pozbawienie ich dostępu do edukacji z wyjątkiem elementarnej nauki czytania i pisania, aby mogły służyć niemieckiej klasie rządzącej. „ (Pogrubienie autora)

Zacytuję po raz ostatni w tym tekście artykuł drugi Konwencji ONZ z 1949 roku o zapobieganiu i karaniu zbrodni ludobójstwa:

“ Article 2

In the present Convention, genocide means any of the following acts committed with intent to destroy, in whole or in part, a national, ethnical, racial or religious group, as such:

  • (a) Killing members of the group;

  • (b) Causing serious bodily or mental harm to members of the group;

  • (c) Deliberately inflicting on the group conditions of life calculated to bring about its physical destruction in whole or in part;

  • (d) Imposing measures intended to prevent births within the group;

  • (e) Forcibly transferring children of the group to another group.

III Rzesza swoimi działaniami naruszyła wszystkie podpunkty artykułu drugiego poza podpunktem „d”, mówiącym o wdrażaniu technik mających na celu zapobieganie narodzinom wśród grupy. Choć sterylizacja miała miejsce wśród innych grup, Polaków raczej nie dotyczyła.

Zatem: III Rzesza dopuściła się zbrodni ludobójstwa wobec narodu polskiego podczas II Wojny Światowej w latach 1939-1945. Masowe egzekucje, zaprzeczanie asymilacji i podważanie sensu istnienia teorią „Untermenschen” jasno wskazuje, że taka intencja wśród władz III Rzeszy istniała. ZSRR polityki antypolskiej, podważającej sens istnienia narodu polskiego a także mającej na celu jego eliminację po prostu nie miała. Polacy po 1945 roku zostali zasymilowani do strefy wpływów Związku Radzieckiego. Dochodziło oczywiście do masowych egzekucji (jak chociażby Katyń), natomiast miały one na celu osłabienie państwa i eliminację „elementów politycznych”. W żadnym wypadku nie podchodzi to natomiast pod intencjonalne mordowanie całego narodu polskiego, bez względu na to jak interpretują to polscy politycy. Esencją nieznajomości prawa międzynarodowego i faktów dotyczących polityki III Rzeszy i ZSRR i naginania ich we wszelkie możliwe strony jest ostatni wpis na Salon24 europosła Marka Migalskiego
:

Należy wezwać głowę państwa do jasnego wyrażenia swojej opinii - albo bowiem zgadza się z prof. Kuźniarem, albo nie. W tym pierwszym przypadku powinna być wobec Prezydenta zastosowana  procedura impeachmentu, ponieważ oznaczałoby to, że głowa państwa działa w sprzeczności z doktryną państwa polskiego w kwestii Katynia (doktryną potwierdzoną uchwałą Sejmu oraz ustaleniami polskiej prokuratury). W tym drugim przypadku powinna nastąpić natychmiastowa dymisja doradcy Prezydenta. „ (Pogrubienie autora)

Podsumowując: Prezydent Rzeczypospolitej ma zignorować prawo międzynarodowe i wszelkie fakty historyczne i podążać w manii narodowej za teorią ludobójstwa w Katyniu. Ma to zrobić ponieważ jego doradca powiedział prawdę. Nie wiem jak skończy się ta kłótnia o profesora Kuźniara – wiem natomiast jedną rzecz. Jeżeli aby móc zachować swoją pozycję będzie musiał odwołać to co powiedział, niech lepiej zrezygnuje. Szkoda takiego eksperta na takie głupie kłótnie.

niedziela, 17 kwietnia 2011
„Zapomniała Trzecia Rzeczypospolita jak Drugą była”

Polityka historyczna państwa polskiego wydaje się dzisiaj być dosyć niekonsekwentna. O ile mówimy o Katyniu, czy walczymy z „polskimi obozami koncentracyjnymi” (choć i tutaj zapominamy o Berezie Kartuskiej), to tak naprawdę pewne trudne dla nas tematy nigdy się w debacie publicznej nie pojawiają. Jednym z takich trudnych tematów jest śmierć 16-18 tysięcy jeńców sowieckich w czasie i po wojnie polsko-bolszewickiej. Zarzucając Rosjanom ludobójstwo w Katyniu, państwo polskie nie dość, że ciekawie interpretuje dosyć jasną Konwencję Powstrzymywania i Karania Zbrodni Ludobójstwa, to do tego nie spogląda na swoją własną historię i wydarzenie które poprzedziło Katyń o dwie dekady. Według ówczesnego i obecnego prawa międzynarodowego, śmierć jeńców wojennych w wyniku złego traktowania w obozach była i jest zbrodnią wojenną.

 

Podczas wojny polsko-bolszewickiej w ręce Polaków wpadło dosyć dużo jeńców wojennych. Jak pisze dr płk Marek Traczyński w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej z 16.08.1995:


24 lutego 1921 r. Polska, Rosja i Ukraina podpisały układ o wymianie jeńców i zakładników. Wymianą miała kierować Komisja Mieszana Polsko-Rosyjsko-Ukraińska do Spraw Repatriacji. Jeńców przygotowanych do przekazania stronie rosyjskiej kierowano do nowo utworzonych obozów - w Łańcucie, Ostrowiu Łomżyńskim, Białymstoku i we Lwowie. Polacy otworzyli dwa punkty wymiany jeńców - w Baranowiczach i w Równem.

Ustalono, że Polska przekaże 80 tys. jeńców i 30 tys. internowanych (w sumie 110 tys. osób), Rosja - 40 tys. jeńców i ok. 500 tys. obywateli polskich. Wymiana rozpoczęła się w marcu

1921 r. Do końca października 1921 r. Polacy odesłali do Rosji 65 797 ubranych i wyleczonych jeńców, Rosjanie do Polski - 23 335 jeńców.


Innymi słowy, pomiędzy Rzeczypospolitą a Związkiem Radzieckim istniało porozumienie które precyzowało, że jeńcy wojenni są. Zatem, automatycznie nałożone zostało przestrzeganie praw z nimi związanych. Skoro ustaliliśmy, że Polska miała jeńców wojennych i że nie przekazała około 15 tysięcy, nastaje pytanie: co się z nimi stało?

Otóż jak podaje strona www.1920.org.pl, osoby te umarły z powodu chorób :

W czasie wojny polsko-bolszewickiej do polskiej niewoli dostało się 80 do 85 tysięcy jeńców radzieckich. Z tej liczby zmarło od 16 do 20 tysięcy żołnierzy. Śmiertelność wynosiła więc 19-25%.”

Dla sprawiedliwości strona podaje, że śmiertelność polskich jeńców po stronie sowieckiej sięgała 39%(punkt 2.). Strona podaje także przyczynę śmierci sowieckich jeńców (punkt 3.):

 

Śmierć jeńców sowieckich była spowodowana głównie epidemiami chorób zakaźnych. Do wybuchu tych epidemii przyczyniło się w znacznym stopniu przepełnienie obozów (głównie Strzałków, Tuchola i Brześć), słabe wyżywienie i brak ciepłych ubrań na zimę.”

Dla sprawiedliwości strona w następnych punktach (punkty 4 i 5) podaje przyczyny takiej sytuacji: epidemie chorób zakaźnych szalejące w Europie, a także niedostatki w żywności wśród ludności cywilnej. Identyczne wytłumaczenie jest przedstawione w wywiadzie Jacka Hołuba w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej z profesorem Zbigniewem Karpusem:

-Jak umierali czerwonoarmiści w polskiej niewoli?

- Dziesiątkowani przez choroby zakaźne: cholerę, tyfus, czerwonkę. Wszystko przez trudne warunki sanitarne, brak żywności, ubrań, podstawowych sprzętów. Do transportu brano chorych i zdrowych bez względu na stan zdrowia. Z frontu do obozu jechali niekiedy po kilka dni w pociągach towarowych. W wagonach powinny być piecyki, ale w większości ich nie było. Obozowe szpitale i lazarety były źle wyposażone, brakowało leków i personelu. W barakach i ziemiankach też często nie było pieców i opału, a zima 1920-21 r. była wyjątkowo surowa
.”

Zatem śmierć 16-18 tysięcy jeńców sowieckich jest skutkiem złej sytuacji ekonomicznej a także tragicznych warunków przetrzymywania jeńców przez stronę polską. Jak opisuje to prof. Karpus, mimo próśb, Polska szybko nie otrzymała pomocy zagranicznej która mogłaby zminimalizować liczbę ofiar:

Nie mogliśmy poprosić o pomoc międzynarodową?

- Francja i Wielka Brytania chciały, byśmy walczyli z bolszewikami, ale nas nie wspierały. Prosiliśmy o aprowizację, szczególnie o ubrania dla jeńców i internowanych. Francuzi, którzy mieli przecież kontrolę nad niemieckimi magazynami, powiedzieli, że mogą nam sprzęt i mundury sprzedać lub dać na kredyt. Więc Polska miała do wyboru: albo kupić sprzęt i zaopatrzenie dla własnych walczących żołnierzy, albo zająć się jeńcami.

Nasze wojsko też chodziło w łachmanach, szczególnie gdy ruszyła ofensywa znad Wieprza. Zmiana sytuacji na froncie w 1920 r. spowodowała, że jedni i drudzy tracili tabory ze sprzętem, mundurami, butami. Szła zima, a brani do niewoli żołnierze Armii Czerwonej byli w letniej odzieży.

Wracając do pomocy międzynarodowej, pomagał amerykański Związek Młodzieży Chrześcijańskiej (YMCA), później Czerwony Krzyż, trochę Brytyjczycy. Dzięki YMCA wiosną 1921 r. w obozach zaczęły powstawać szkoły dla analfabetów, teatry amatorskie i orkiestry, biblioteki i świetlice. Były nawet gazetki obozowe w języku rosyjskim.

 

Bez pomocy zagranicznej, Polska po prostu nie poradziła sobie z taką ilością jeńców w obozach które odziedziczyła po zaborze niemieckim. Jako, że przedłożyłem fakty dotyczące sytuacji obozów jenieckich i przyczyn śmierci części tychże jeńców, czas spojrzeć na stronę prawną.

 

 

Artykuł 3 Pierwszej Genewskiej Konwencji 1949 dotycząca polepszenia losu rannych i chorych w armiach czynnych na lądzie:

 

„ Art. 3. In the case of armed conflict not of an international character occurring in the territory of one of the High Contracting Parties, each Party to the conflict shall be bound to apply, as a minimum, the following provisions:
(1) Persons taking no active part in the hostilities, including members of armed forces who have laid down their arms and those placed hors de combat by sickness, wounds, detention, or any other cause, shall in all circumstances be treated humanely, without any adverse distinction founded on race, colour, religion or faith, sex, birth or wealth, or any other similar criteria.
(…)
(2) The wounded and sick shall be collected and cared for.“ (Pogrubienie autora).

 

Zatem:  wszyscy jeńcy wojenni (czyli osoby które się poddały podczas działań wojennych) muszą być traktowani humanitarnie w każdej sytuacji. Ranni i chorzy muszą być zebrani (w domyśle, do szpitala/lazaretu) i objęci opieką. Jak napisałem wyżej, Polska nie zadbała o swoich jeńców wojennych, czego wynikiem była śmierć dużej części z nich. Czy kraj ma obowiązek zadbania o jeńców jeżeli nie może dbać o swoich obywateli? Tak, wyrażenie „in all circumstances” czyli „w każdej sytuacji” jest tutaj jednoznaczne. Ponieważ osoby zarzucające Rosjanom ludobójstwo w Katyniu bazują się na ONZetowskiej Konwencji o Prewencji i Karaniu Zbrodni Ludobójstwa z 1949 roku uznałem, że mogę spokojnie używać prawa ex post facto (łac. działanie prawa wstecz) i nie brać pod uwagę lex retro non agit (łac. prawo nie działa wstecz). Uznałem, że skoro w nazistowskich zbrodniach wojennych prawo zostało uchwalone podczas procesu norymberskiego (Art. 6, materiał pochodzi z wydziału prawnego University of Missouri-Kansas City), możemy spokojnie stosować ex post facto wobec śmierci sowieckich jeńców w polskich obozach.

 

Natomiast aby sprawiedliwości stało się zadość a zwolennicy lex retro non agit byli zadowoleni i nie mieli pretensji, chciałbym powołać się na IV Konwencję Haską z 1907 roku, dotyczącą praw i zwyczajów wojny lądowej i aneks do niej zatytułowany „Regulacje dotyczące praw i zwyczajów wojny lądowej”, sekcja pierwsza „O przeciwnikach”, rozdział drugi „Jeńcy wojenni”.

 

Artykuł 4 stanowi, że:

„Prisoners of war are in the power of the hostile Government, but not of the individuals or corps who capture them.

They must be humanely treated.

All their personal belongings, except arms, horses, and military papers, remain their property. “

 

Czyli odpowiedzialność za jeńców wojennych ponosi kraj który ich pojmał. Jeńcy mają być traktowani humanitarnie. Jak widać, są podobieństwa między późniejszymi genewskimi i tamtymi haskimi konwencjami.

Dodatkowo, artykuł 7 tejże konwencji stanowi, że:

„The Government into whose hands prisoners of war have fallen is charged with their maintenance.

In the absence of a special agreement between the belligerents, prisoners of war shall be treated as regards board, lodging, and clothing on the same footing as the troops of the Government who captured them. “

Zatem, opieką jeńców wojennych obciążony jest rząd w którego ręce jeńcy wpadli. Jeżeli nie ma specjalnego porozumienia pomiędzy stronami konfliktu, jeńcy wojenni mają być traktowani tak samo jak żołnierze rządu który ich pojmał. Ponieważ dopiero Traktat w Rydze z 1921 precyzował stosunki polsko-sowieckie w kwestii jeńców, obowiązywała wtedy zasada „żołnierzy rządu pojmującego”.

 

Złamanie jakiejkolwiek części konwencji dotyczących międzynarodowego prawa humanitarnego (czyli min. prawa konfliktu zbrojnego) jest zbrodnią wojenną. Patrząc zatem na traktowanie sowieckich jeńców wojennych w polskich obozach a także to, że zginęło pomiędzy 16 a 18 tysięcy jeńców z powodu niedopełnienia nie tylko Pierwszej Konwencji Genewskiej z 1949 roku w ramach ex post facto, ale i Czwartej Konwencji Haskiej z 1907 roku w ramach lex retro non agit możemy uznać, że Rzeczypospolita Polska popełniła zbrodnie wojenne. Biorąc pod uwagę fakt, że w kraju miała miejsce zła sytuacja ekonomiczna a także szalejąca epidemia chorób zakaźnych, to choć nie ma to znaczenia w orzekaniu o winie, powinno mieć to znaczenie w orzekaniu o karze. Pomimo tego, że zbrodnie wojenne się nie przedawniają i ten czyn nadal za taki powinien być uznawany, z powodu 90 letniego odstępu czasowego i braku żyjących ofiar i osób poszkodowanych, można odstąpić od wymierzania jakiejkolwiek kary w postaci odszkodowań. Dodatkowo, jak wspominała strona www.1920.org.pl, strona rosyjska także najprawdopodobniej jest winna podobnych zbrodni wojennych.

 

Skoro ani takie działanie nie było odgórnie zamierzone i spowodowane było ono przez tragiczny splot wydarzeń i złą sytuację ekonomiczną w kraju, ani żadna kara nie będzie wymierzona, po co napisałem cały ten tekst? Otóż uważam, że w dzisiejszej dyskusji o „ludobójstwie” w zbrodni katyńskiej brakuje zdroworozsądkowego podejścia - podejścia prawnego. Analizy prawa międzynarodowego pod kątem odpowiednich konwencji i ówczesnej sytuacji prawnej i poddania tego pod ocenę ekspertów prawa międzynarodowego. Drugą częścią zdrowego rozsądku to zastanowienie się nad kwestią rozgrzebywania historii i jej ewentualnego celu. Jeżeli podchodzimy do tematu poważnie, czyli podpieramy się prawem międzynarodowym i patrzymy na ogół sytuacji, dyskusja ma sens. Natomiast jeżeli partie polityczne wolą przerzucać się tubkami wyjętymi z tyłka i naginać prawo międzynarodowe do granic niemożliwości, lepiej po prostu zapomnieć o historii i myśleć tylko przyszłości. Dlaczego? Ponieważ kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.

piątek, 15 kwietnia 2011
Rzeczypospolita Polska Trzech Generałów.

W Polsce mamy trzech generałów: Czempiński, Petelicki i Polko. To znaczy oficjalnie generałów mamy więcej, ba, nawet stu jedenastu (stan na 1.04.2011), zresztą o czym opowiem pod koniec tekstu, bo historia jest ciekawa. Nasi trzej generałowie to eksperci którzy wypowiadają się w mediach i są głównymi komentatorami wydarzeń militarnych lub dotyczących bezpieczeństwa. Żeby nie było – nie są to osoby z AONu (Akademia Obrony Narodowej), MONu (Ministerstwo Obrony Narodowej), BBNu (Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, organ doradczy Prezydenta RP) lub WATu (Wojskowa Akademia Techniczna). Są to po prostu bardziej wygadani i medialni generałowie „eksperci”, mniej lub bardziej powiązani z polityką. I jako osoba zainteresowana sprawami wojskowymi prezentowanymi w  mediach wyrażam swój sprzeciw tym oto bełtem zniesmaczenia.

 

Rzygam tymi Panami. Żeby nie było, oczywiście nie na nich ani na mundury które noszą (uprzedzam tym niecnym ruchem zarzuty o znieważaniu munduru oficera WP) ale samymi tymi Panami. Oczywiście, mają oni swoje zasługi dla wojska i państwa. Natomiast czy my naprawdę musimy oglądać tę trójkę za każdym razem jak coś związanego z wojskiem/bezpieczeństwem się dzieje? Powiecie – wyłącz telewizor. Zgoda. Ale ile razy można nie oglądać komentarzy o sprawach wojskowych tylko dlatego, że w studio wymienia się zestaw tych samych komentatorów ? (co np. w TVN24 jest normalne, np. w programie Andrzeja Morozowskiego „Tak jest” stałymi gośćmi są: J.K. Bielecki, L. Miller, ojciec M.Zięba lub  europoseł M. Kamiński. Nie ma w tym nic nagannego, jest to po prostu nudne.) O generale Petelickim i moim szacunku do jego profesjonalizmu już pisałem w notce „Jak GROM z jasnego nieba” 02.08.2010. Generał Petelicki był założycielem jednostki GROM – naszych polskich oddziałów specjalnych (odpowiednik np. brytyjskiego S.A.S. – Secret Air Service). Za to, należy mu się medal. Natomiast za chodzenie do mediów i, za przeproszeniem, sranie do własnego gniazda należy mu się rózga i kop w dupę.

Przykładem tego niech będzie proces, jaki jeden z Trzech wytoczył drugiemu. Oficjalnie poszło o to, że jeden z Trzech przywalił drugiemu słowem o braku kompetencji i ogólnym szkodnictwie w jednostce. Polko się obraził i zamiast oczywiście wyjaśnić sprawę w cztery oczy i poza kamerami, poleciał do sądu. Żaden nie wykazał się odrobiną rozsądku i nie załatwił sprawy po cichu – albo trzymając dziób na kłódkę, albo olewając oponenta ciepłym moczem. Oczywiście nieoficjalnie idzie o wpływy w GROMie – Ci dwaj z Trzech mają swoją małą wojenkę o tych czterystu szesnastu żołnierzy (podziękowania dla gen. Petelickiego za ujawnienie tej informacji i chapeau bas). Jak to zazwyczaj bywa, wojenka nie może toczyć się po cichu, poprzez podsrywanie się nawzajem wśród znajomych podczas browarka i nasyłanie niezapowiedzianych kontroli. Ponieważ Panowie generałowie są celebrytami wojskowymi i mają dostęp do mediów, mogą swoją wojenkę toczyć w mediach. A jednostka dostaje po łbie za dwóch geniuszy w cywilu.

Generał Polko natomiast, jako były dowódca GROM, jest także często i gęsto zapraszany do studia TVN24 jako ekspert, i też też swoje trzy grosze do sytuacji dołożył. Otóż Pan generał jako osoba powiązana z Prawem i Sprawiedliwością jest po prostu osobą mało obiektywną. Program „Nieustraszeni” pominę milczeniem. Szkoda człowieka. Facet znający się na rzeczy a wchodzący w politykę i chałturę.

 

Trzecim z Trzech jest generał Gromosław Czempiński. Były szef UOP (Urząd Ochrony Państwa, dziś ABW), jest w mediach ekspertem do spraw służb specjalnych. I tak mamy takie wypowiedzi Pana generała. Nie są one złe, z całej Trójki jest on zdecydowanie najnormalniejszy. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że jest to JEDYNY  generał ekspert który o służbach się wypowiada, mamy tutaj po prostu bidę. Byli szefowie UOP(ABW),SKW,SW i WSI są pomijani (poza Piotrem Niemczykiem (http://pl.wikipedia.org/wiki/Piotr_Niemczyk), dosyć rzadko widywanym), razem z ekspertami z Collegium Civitas, UW, UJ, AON i wszelkich innych uniwersytetów. Np. w BBC, o wiele częściej możemy spotkać przeróżnych wykładowców z np. King’s College of London (cywilna uczelnia w dużej mierze skupiona na wojskowości ) niż jednego wojskowego. Nie dość, że przyjemniej się to ogląda, to do tego jest jakiś balans zdań.


Na zakończenie, chciałbym poruszyć temat o którym pisałem na początku mojego tekstu, tzn. o ilości generałów w Wojsku Polskim. Otóż, na dzień dzisiejszy mamy stu jedenastu generałów (stan na 01.04.2011). Pomyśli ktoś – trochę dużo. Oj tak. Za dużo. Dla porównania wezmę tą samą armię którą posłużyłem się podczas dyskusji o likwidacji Marynarki Wojennej parę notek niżej – USAF, United States Armed Forces, czyli armią amerykańską. Na naszych 111 generałów przypada teoretycznie 120 000 żołnierzy (dane z budżetu MON na rok 2011). Pomijając Narodowe Siły Rezerwy w liczbie 20 000 chłopa, mamy około 100 000 żołnierzy zawodowych. Zatem, na każdego generała przypada około 900 żołnierzy. Innymi słowy, na każdego generała przypada jeden duży batalion. Jak widać w linku, bataliony są zazwyczaj dowodzone przez podpułkowników, czyli o dwa stopnie niżej niż generał jedno gwiazdkowy. USAF ma ogólną liczbę generałów ok. 500 (498). W USAF jest 1,428,034 czterech żołnierzy. Na każdego generała w USAF przypada prawie 2900 żołnierzy, czyli prawie brygada. Różnica zatem między WP a USAF to średnio 2000 żołnierzy. Biorąc pod uwagę liczbę obywateli USA (308 milionów), wychodzi na to, że ilość żołnierzy powinna być 0,5 % ilości obywateli w państwie (jeżeli oczywiście uznajemy model amerykański za odpowiedni). Jeżeli tak, polskie wojsko powinno liczyć przynajmniej 200 tysięcy żołnierzy, nie 100 jak teraz. Jeżeli chcielibyśmy mieć normalny stosunek generał/żołnierz zachowując dotychczasową liczbę generałów, nasza armia powinna mieć około 300 tysięcy żołnierzy. Pytanie jest proste. Ponieważ mamy za dużo generałów jak na nasze wojsko, to czy powinniśmy zmniejszyć ilość generałów, czy powiększyć rozmiar wojska? Osobiście jestem za tym drugim, i to do przynajmniej 250 tysięcy. Jakby nie było, reforma jest konieczna. I to od zaraz.

sobota, 02 kwietnia 2011
TVN24 Polska

Oglądając TVN24, odczuwam niesmak. Wiem, mogę zmienić kanał na Al Jazeerę, CNN, BBC News, CCTV 9 (anglojęzyczny chiński kanał informacyjny), France24 (anglo i francuskojęzyczne kanały informacyjne) lub Euronews. Żeby sięgnąć po informacje dotyczące świata, wystarczy że otworzę przeglądarkę internetową i wejdę na stronę Guardian’a, BBC, Itar-Tassu albo Reutersa. Dostęp do informacji dla osoby która zna język angielski i ma dostęp do Internetu i/lub telewizji satelitarnej jest niemal nieograniczony. No i tutaj właśnie pojawia się problem. Największa i najstarsza telewizja informacyjna w Polsce, TVN24, powinna chociaż po części zastępować nam media zagraniczne. W informacjach politycznych (polskich) i ogólnie z Polski, TVN24 jest nie do pobicia. Dużo reporterów, Kontakt24(http://kontakt24.tvn.pl), stałe dyżury w Sejmie a także własny helikopter Błękitny24 (http://www.tvn24.pl/10535,2069740,galeria.html) – tutaj są przygotowani idealnie. Niestety, kiedy dochodzi do informacji z zagranicy, na telewizorze pojawia się jedna wielka „biała plama”.

 

Oczywiście, same informacje są przekazywane i często komentowane przez ekspertów. Brakuje natomiast trochę poważniejszego i bardziej profesjonalnego traktowania tematów. Przede wszystkim, brakuje reportaży. TVN24 najczęściej powołuje się na inne agencje prasowe, jak Reuters czy Itar-Tass. Zazwyczaj, TVN24 potrzebuje ponad czterech dni, aby wysłać kogokolwiek do regionu gdzie jest „news” aby stamtąd ta osoba prowadziła relacje i przygotowywała reportaż. Właśnie, reportaże. Za przykład weźmy dwa kraje – Libię i Rosję. „Fakty” TVN i TVN24 mają swojego reportera w Moskwie, Andrzeja Zauchę(http://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Zaucha_%28dziennikarz%29). Andrzej Zaucha pojawia się na konferencjach MAK i prokuratury rosyjskiej, prowadzi relacje z Moskwy i… no właśnie. I to wszystko. Przez ostatni rok najdłuższym „reportażem” Zauchy była paru minutowa historia schroniska dla niedźwiedzi w Rosji. Dziennikarze np. Al. Jazeery będąc z Libii albo Somalii, robią długie reportaże które są pokazywane na stacji jako normalny program (http://english.aljazeera.net/Services/Schedule/ProgramSchedule.aspx). Nie jest to rzecz odświętna – jest to rzecz normalna. To samo z BBC News czy France24 – dużo porządnych reportaży. W końcu reportaże BBC są pokazywane w TVN24 w niedziele w paśmie „Ewa Ewart poleca” (http://media2.pl/media/57604-ewa-ewart-nagrodzona-za-dokumenty-w-tvn24.html). Czy nasi zagraniczni korespondenci nie mogliby zrobić paru reportaży w krajach w których pracują? To samo tyczy się Macieja Worocha, korespondenta wojennego TVN i TVN24. Będąc teraz w Libii lub wcześniej w Iraku, nie przygotował żadnego reportażu. Wszystko co leci to materiał zrobiony do głównego wydania wiadomości, plus krótki komentarz z puentą. Całość zamyka się w dziesięciu minutach.

 

Może mi ktoś zarzucić – robienie reportażu to nie jest robota na parę dni. Zgoda, oczywiście. Wymaga to nakładów ciężkiej pracy, jak i dużej pomocy ze stacji, szczególnie finansowej. Przyczyny dla której zapewne takie reportaże nie są robione, są dwie. Po pierwsze, są drogie, wykorzystują cenny czas telewizji informacyjnej i wymagają skupienia uwagi widza na więcej niż dziesięć minut. W ciągu godziny jaką potrzeba na wyemitowanie takiego programu, można zaprosić specjalistę od danego regionu/sprawy i w dziesięć minut na ten temat z nim porozmawiać. Zostaje nam pięćdziesiąt minut, z czego kolejne dziesięć pójdzie na reklamy, a reszta na rozmowy z politykami i celebrytami. W końcu, politycy kłócą się zawsze i zawsze jakiś temat się znajdzie. Gorzej jest z reportażami. I dochodzimy tutaj do pytania: co TVN24 oferuje zamiast długich i ciekawych reportaży na temat wiadomości zagranicznych?

 

Poza zapraszaniem ekspertów, niestety nie za wiele. Od poniedziałku do piątku o 17.40 piętnasto minutowy program Jacka Pałasińskiego (http://pl.wikipedia.org/wiki/Jacek_Pa%C5%82asi%C5%84ski) „Świat według Jacka”  i sobotni pół godzinny „Horyzont” Macieja Wierzyńskiego (http://www.tvn24.pl/6,horyzont,program.html) o 18.30. Jakby komuś było mało atrakcji, w sobotę o 15.30 jest nadawany program „Tydzień według Jacka”, takie „the best of” Pałasińskiego. Nie jest to jednak nic specjalnego. Wersje zagranicy brutalnie ścierają się między tymi dwoma programami. Otóż metodą Pałasińskiego, byłego korespondenta TVN w Rzymie (był nim podczas śmierci JPII kiedy to bił rekordy przedłużania wypowiedzi o niczym), są wiadomości podawane lekko, po włosku. Jeżeli pojawiają się jakiekolwiek złe informacje, są one podawane szybko i natychmiast opuszczane dla śmiesznych filmików i zabawnych sytuacji z zagranicy. Szczytem tabloidyzacji jego programu były zapowiedzi podczas zeszłorocznych wakacji, gdzie to piękna blondynka zapowiadała, co będzie w jego programie. Być może ktoś lubi taki włoski styl ale czy ktoś kiedyś słyszał o dobrych włoskich dziennikarzach? No właśnie. Drugim programem jest wspomniany już „Horyzont” Macieja Wierzyńskiego. Oprócz prowadzącego, który z każdym odcinkiem zdaje się coraz bardziej wrastać w scenografię studia, i jego nudnego głosu, sam program jest po prostu nudny. Goście bardzo często zapraszani (czyli goście stali) to: posłowie Paweł Kowal, Paweł Zalewski, Tadeusz Iwiński i były doradca prezydenta USA Cartera, Zbigniew Brzeziński (http://pl.wikipedia.org/wiki/Zbigniew_Brzezi%C5%84ski_%28politolog%29). Dynamika tego programu nie pozwala na zainteresowanie się tematem – tego po prostu się nie da oglądać. Zatem oglądając programy o tematyce międzynarodowej w TVN24 mamy albo lekko strawny program z małą ilością aktualnej polityki zagranicznej, albo ciężki i nudny program gdzie rzeczywiście poruszane są interesujące tematy, natomiast styl w jakim jest to zrobione nie daje widzowi wyboru – aby ratować się przed drzemką popołudniową, trzeba zmienić kanał.

 

Zastanawiam się, czy byłby w ogóle popyt na taką formę przekazywania informacji. Biorąc jednak pod uwagę popularność „Ewa Ewart poleca” (http://media2.pl/media/67510-premierowe-dokumenty-w-tvn24.html) sądzę, że tak. Otoczeni polityką wewnętrzną i problemami z naszego kraju, czasami chcielibyśmy oddalić się w inny zakątek świata i spojrzeć na to, co tam się dzieje. Szczerze powiedziawszy, wolę jeden porządny reportaż od stu wejść na antenę dziennikarza, który nie ma nic nowego do powiedzenia. Niestety, wydaje się, że oczekuję porządnej potrawy w barze szybkiej obsługi. Cóż, pomarzyć każdy może.

poniedziałek, 21 marca 2011
Zabawne historie Gajowego Maruchy

Patrząc i śmiejąc się z Prezydenta Komorowskiego nie zapominam, w jakich okolicznościach nim został. Pamiętam, że stało się to w wyniki katastrofy lotniczej w której zginął jego poprzednik. Pamiętam także drętwego z nerwów Komorowskiego który zarządził 10 IV żałobę narodową. Rozumiem, że facet był gotowy na przejęcie prezydentury od Kaczyńskiego w momencie, w którym L.Kaczyński byłby bardziej nie lubiany nawet od Wałęsy - czyli pod koniec kadencji 2005-2010. Wypadek spowodował, że został prezydentem pół roku wcześniej niż zostałby normalnie (bo chyba w to, że Lech Kaczyński miał szansę na reelekcję nikt normalny nie wierzy). Rozumiałem, kiedy nie mógł poradzić sobie z krzyżem ani ze stresem związanym z pierwszym półroczem prezydentury. Jednak minęło już zdrowo ponad pół roku - czas, żeby Gajowy Marucha w końcu się ogarnął.

 

Śmiejąc się z Komorowskiego, śmiejemy się z jego wpadek językowych, gaf protokolarnych lub jego stylu bycia (stąd pseudonim "Gajowy Marucha"). Wszyscy wiemy, że Komorowski to taki fajny facet z którym chętnie napilibyśmy się browarka przy grillu. Z Lechem Kaczyńskim mało kto by się chciał napić - choć podobno prywatnie był normalny, jego publiczny wizerunek tego w żaden sposób nie oddawał. Patrząc na wpadki Maruchy, zastanawiałem się nad ich przyczynami. Weźmy pod lupę trzy wpadki.

 

Sarkozy bez parasola

http://wpolityce.pl/view/7011/Kolejna_wpadka_Komorowskiego__Tym_razem_dla_prezydenta_Francji_nie_starczylo_parasola.html

Prezydent Francji Nicolas Sarkozy podczas spotkania Trójkąta Weimarskiego w Wilanowie stał na deszczu bez parasola. Wielki blamaż, wołają dziennikarze. Sprawa się wyjaśniła, gdy Sławomir Nowak wytłumaczył co się dokładnie stało:

http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/321932,dlaczego-sarkozy-mokl-w-wilanowie-nowak-wyjasnia.html

Sarkozy parasola sobie nie życzył, Merkel i Komorowski tak. Sarkozy, jak powszechnie wiadomo, jest niski. Jaki osobnik o wzroście niskim poświadczam, że sam bym w takiej sytuacji z parasola zrezygnował - po prostu by to źle na zdjęciach wyglądało. Faktem jest, że wygląda gorzej dla nas. Na zdrowy rozum - co powinna zrobić Kancelaria Prezydenta w takiej sytuacji? Posłać własnego ochroniarza z parasolem? Mieć wcześniej przygotowany mały namiot na trzy osoby, tak żeby wszyscy stali pod jednym dachem? No właśnie - nie wiadomo co. Jakby nie było, Kancelaria powinna była przygotować jakieś wyjście awaryjne na wypadek deszczu - to oni są od myślenia o takich sprawach, nie prezydent.

 

Druga wpadka to ponownie Trójkąt Weimarski. Tym razem, Gajowy Marucha usiadł pierwszy, zamiast poczekać na swoich gości:

http://www.fakt.pl/Nietakt-Komorowskiego-Usiadl-zanim-,artykuly,95403,1.html

Komorowski powinien był poczekać na swoich gości. Faktem jest, że, jak powiedział Sławomir Nowak w Siódmym Dniu Tygodnia Radia Zet, szef protokołu dyplomatycznego powiedział "proszę usiąść" w odpowiednich językach do całej trójki. Komorowskiego mogły zjeść nerwy, mógł się zapatrzeć na dziennikarzy - powinien był poczekać, nie zrobił tego. Nasuwa się jedno pytanie - czy Komorowskiego ktoś nauczył protokołu dyplomatycznego? Czy ktoś z Kancelarii zadbał o lekcje dla Prezydenta? Nawet Jolanta Kwaśniewska nie wiedziała przed '95 jak należy jeść bezy - ktoś ją tego przecież nauczył.

 

"Wystąpienie z NATO" pominę milczeniem. Zjadły go nerwy, po chwili się poprawił. Nie wynikało to z braku wiedzy albo ignorancji a po prostu nerwów.

 

Trzecia wpadka Komorowskiego to "bul" i "nadzieji". Podczas wpisywania się w księgę kondolencyjną w ambasadzie Japonii, Marucha zrobił dwa byki ortograficzne:

http://www.polskatimes.pl/fakty/381517,prezydent-laczy-sie-w-bulu-i-nadzieji-kancelaria-tuszuje,id,t.html

Komorowski za wpadkę przeprosił, a ja mam pytanie: czy nikt z Kancelarii nie mógł podejść do księgi po tym jak Marucha się wpisał i zobaczyć? Przecież nikt nie stał z kamerą nad samą księgą, można było poprawić delikatnie. Zarzuci mi ktoś , że jestem za okłamywaniem opinii publicznej - skądże. Prezydent ma swoich ludzi od tego, żeby mu pomagali i chronili jego wizerunek. Naprawdę dużo nie trzeba było, żeby tego uniknąć - albo poprawiać byki po wpisie, albo po prostu przed wizytą ustalić dokładnie co napisze i poprosić żeby to napisał na kartce. Po pierwsze po to, żeby dało się to rozczytać, a po drugie żeby właśnie unikać takich byków.

 

Rozbawił mnie poseł PiSu Girzyński mówiąc, że to wkład Komorowskiego w język polski. Odpowiem mu tak: Spieprzaj dziadu na obiat. Każdy prezydent będzie miał jakieś wpadki językowe czy gafy protokolarne. Kaczyński miał małpę w czerwonym:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,3794978.html

albo miłą konwersację z mieszkańcem Warszawy:

http://wiadomosci.gazeta.pl/kraj/1,34309,1104747.html

 

Przyglądając się prezydentom, należy patrzeć na zasługi i dokonania. Komorowski zorganizował spotkanie Trójkąta Weimarskiego: http://wiadomosci.gazeta.pl/kraj/1,34309,1104747.html, organizował spotkania Rady Bezpieczeństwa Narodowego: http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-gen-jaruzelski-na-posiedzeniu-rady-bezpieczenstwa,nId,309222, a także konsultował osiem miesięcy przed wyborami ich datę z PKW, partiami będącymi w Sejmie a także z rządem: http://www.rp.pl/artykul/617297.html .

 

Śmiejąc się z Komorowskiego, śmieję się i z niego, i z nim. Może i wychodzi z niego czasami burak, może czasami przydałaby mu się lekcja savoir vivre'u i pewnie na pewno przydałby mu się lepszy Szef Kancelarii - natomiast w te niecałe osiem miesięcy miał większą aktywność w polityce zagranicznej niż miał Kaczyński przez te prawie pięć lat. Komorowski był w Waszyngtonie u Obamy: http://www.polskatimes.pl/fakty/342416,komorowski-udal-sie-do-waszyngtonu-w-srode-spotka-sie-z,id,t.html, spotkał się z Miedwiediewem, zapewne w tym roku może jeszcze poleci do Moskwy (do Smoleńska poleci na pewno). Zapewne spotka się także ponownie w gronie Trójkąta Weimarskiego. Jeżeli pojawi się potrzeba debaty, Komorowski ją pewnie zorganizuje, tak jak to było z debatą w Belwederze nt. OFE: http://www.prezydent.pl/aktualnosci/wiadomosci/art,1693,prezydent-wazna-debata-dla-mojej-decyzji-ws-ofe.html.

 

Nie chcę wznosić peanów pod niebiosa o Gajowym, nie chcę mówić, że jest super. Natomiast w porównaniu do tego, co mieliśmy w latach 2005-2010, jest o niebo lepiej. Nawet jeżeli Marucha strzeli kolejne cztery gafy w ciągu najbliższego roku to wiem, że zbalansuje je organizowaniem spotkań dyplomatycznych, brakiem agresywnej polityki i chęcią organizacji debat i konsultacji z ekspertami. Alleluje i do przodu.

 

 

sobota, 12 lutego 2011
Marynarka Wojenna RP - relikt przeszłości czy realna siła?

Po dłuższym namyśle nad charakterem bloga, postanowiłem postawić na większe notki, na poważniejsze tematy. Zatem do dzieła.

 

Patrząc na wojsko, zazwyczaj myślimy: „wojska lądowe, marynarka i siły powietrzne”. W przeciągu ostatniej dekady do tych trzech grup doszła czwarta: siły specjalne, w których znajdują się jednostki komandosów i GROM. Dodatkowy podział został dokonany z powodu rosnącej potrzeby posiadania przez Polskę oddziałów specjalnych i ich „specjalnego” traktowania. Myśląc o wojsku, nie wyobrażamy sobie sytuacji, gdzie jeden z trzech głównych członów nie istnieje. Postrzeganie bezpieczeństwa Polski w ciągu ostatnich dwóch dekad zmieniło się diametralnie w dwóch punktach: podczas przemian systemowych w 1989 roku, a także podczas wstąpienia do NATO w roku 1999. Będąc w trwałym i stabilnym sojuszu paktu północnoatlantyckiego, należałoby gruntownie przeanalizować potrzeby Polski co do obronności i skonfrontować je z faktami, czyli sytuacją polskich sił zbrojnych. Obserwując polską marynarkę, nasuwa się pytanie: czy Polska naprawdę ją potrzebuje?

 

Polska Marynarkę Wojenną (MW) posiada od roku 1918, kiedy to Józef Piłsudski powołał ją do życia krótko po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Dwa lata później Polska uzyskała dostęp do morza, ustanawiając swoje bazy na Helu i w Pucku. Dziewiętnaście lat później, wraz z rozpoczęciem drugiej wojny światowej, polska marynarka była poddana najważniejszemu testowi w swojej krótkiej historii. Miesiąc i dzień po inwazji hitlerowskiej, marynarka wojenna II RP przestała istnieć na terenie Polski (w Wielkiej Brytanii podczas wojny utworzono Oddział Polskiej Marynarki Wojennej który został rozwiązany w 1947 roku). W 1989 roku po odzyskaniu suwerenności, MW stanęła przed poważnym pytaniem: w jakim kierunku musi pójść jej szkolenie i zbrojenie. Wedle tego co widzimy dzisiaj, najprawdopodobniej stanęło na silnej obronie polskiego wybrzeża za pomocą małej ilości okrętów. Jest to po części zrozumiałe; nie chciano całkowicie oddać Bałtyku (szczególnie z silnym akcentem militarnym Rosjan w Kaliningradzie), jednocześnie nie mając środków i warunków na inwestowanie w silną marynarkę opartą na chociaż jednym lotniskowcu. Ani Bałtyk nie jest akwenem strategicznym, ani nie jest na to wystarczająco duży; jednak przede wszystkim Polska takich okrętów po prostu nie potrzebuje. Wraz z akcesją do NATO, MW powinna być przeanalizowana pod kątem przydatności i konieczności zlikwidowana. Dlaczego?

 

Są trzy przyczyny takiego wniosku i dzielą się na: zagrożenie, zamiana i użyteczność. Marynarka Wojenna, jak sama nazwa wskazuje, ma służyć do obrony i/lub ataku podczas konfliktu zbrojnego. Czy takowy konflikt nam grozi? Nie. Czy siły jakie posiadamy są ważną częścią sił natowskich? Nie, ale o tym za chwilę. Czy Rosjanie, czysto teoretycznie, zaatakowaliby Polskę z morza? Nie, byłoby to nielogiczne i wbrew zasadom gier wojennych. Mając potężną bazę wojskową w Kaliningradzie, Rosjanie mogą  po prostu przejść granicę. Porty i jednostki nadmorskie byłyby zaatakowane, natomiast szans na obronę by nie było. Poza tym, jedyna przyczyna dla której Rosjanie zostali w Kaliningradzie po wojnie, to chęć kontrolowania regionu i baza na Bałtyku. Bałtyk nie ma żadnych wartości dla marynarki; na dobrą sprawę jest to gloryfikowane jezioro. Sto lat temu Bałtyk mógł być miejscem walk – dzisiaj, po prostu się do tego nie nadaje. Jest zwyczajnie za płytki i za mały. Jest to fakt który skutecznie omija polskie wojsko i MON. Jakiś czas temu w „Polsce Zbrojnej” pojawił się artykuł wychwalający plan posiadania okrętów podwodnych na Bałtyku z powodu „dużego znaczenia strategicznego” akwenu. To trochę tak, jakby po drogach warszawskich robić wyścig Formuły 1. Drogi niby są, natomiast nie ma na to zupełnie warunków. Cieszy fakt, że „Polska Zbrojna” (PZ) cieszy się dobrym poczuciem humoru, mimo tragicznej sytuacji polskiej armii.

 

Druga przyczyna potrzeby zlikwidowania MW to zamiana. Czy jej obowiązki może wykonywać jakaś inna jednostka? Jak najbardziej. Patrolowanie naszych granic może spokojnie przejąć Straż Graniczna. Jest to na pewno tańsze niż utrzymywanie całej marynarki do tego celu, a także skuteczniejsze: jedna grupa samodzielnie kontroluje całe wybrzeże. Ratownictwo może być oddane WOPR, wraz z odpowiednim dofinansowaniem. Parę dodatkowych helikopterów, trochę więcej wyszkolonych ratowników i trochę środków: wiele nie potrzeba. Wszelki przemyt który jest udaremniany przez MW i tak przechodzi przez Straż Graniczną (SG). Po co zatem pośrednik? Nie lepiej po prostu wzmocnić SG i dofinansować? Spychologia jest u nas częstym problemem: wiele instytucji i organizacji dba o tą samą rzecz, i wszystkie solidarnie zwalają odpowiedzialność na siebie nawzajem. Zwykła racjonalizacja finansowania i zatrudnienia.

 

Trzecią przyczyna jest użyteczność MW, a raczej jej brak. Jak już pisałem, nie dość że Bałtyk nie nadaje się na pole walki, to do tego nasi marynarze nie są wystarczająco do niej uzbrojeni. Na dzień dzisiejszy Marynarka Wojenna posiada:

- Trochę ponad pięć tysięcy żołnierzy,

- 2 fregaty amerykańskiej produkcji, średnia wieku 30 lat,

- 6 okrętów podwodnych norweskiej produkcji, średnia wieku ponad 40 lat,

- 3 samoloty rozpoznawcze Bryza,

- 3 korwety rakietowe, co najmniej 25 letnie,

- 3 małe okręty rakietowe, średnia wieku pomiędzy 15-20 lat,

- 3 niszczyciele min, średnia wieku 46 lat,

- 15 trałowców, średnia wieku około 22 lata,

- 5 okrętów transportowo-minowych, średnia wieku 20 lat,

- 1 okręt wsparcia logistycznego, lat 11,

- 1 zbiornikowiec, lat 20

- 4 okręty ratownicze, dwa mają 37 lat, pozostałe dwa mają lat 20.

- 2 okręty rozpoznania radioelektronicznego, lat 36.

- 2 okręty hydrograficzne, lat 29.

- 2 okręty szkolne, średnia 32 lata,

Do tej listy należy dodać także „jednostki pomocnicze, specjalistyczne, kutry i motorówki oraz warsztaty pływające”. Oznaką dobrego samopoczucia i humoru MW jest dodawanie do tej listy okrętu niszczyciela ORP „Błyskawica”, dodając, że jest to okręt muzeum. Ponad 70-letni okręt w porównaniu do naszej pozostałej floty takim na pewno jest. Powyższe pobrałem ze strony Marynarki Wojennej. Gwoli wyjaśnienia: jedyne z tego co w teorii mogłoby się „bić”, to tylko fregaty i okręty podwodne: reszta to małe okręty o niskiej wartości bojowej. Szczerze powiedziawszy, te dwie fregaty i te sześć okrętów podwodnych więcej niż dwie godziny w boju by nie wytrzymały; to jest pod warunkiem, że wojna zastanie ich w morzu a nie w bazie. Gdyby przyszło nam zmierzyć się z np. Finlandią, która ma pięć razy mniej obywateli od nas, pod warunkiem że to my ich atakujemy, jest szansa, że uda nam się dopłynąć bliżej niż pięćdziesiąt kilometrów. Finowie mają większą i lepiej uzbrojoną marynarkę od nas, mimo, że są mniejszym krajem (choć bogatszym). Kolejnym argumentem w „użyteczności” MW, są akcje natowskie. Patrząc na listę powyżej, nie możemy mieć chyba złudzeń, że cokolwiek z tego może się w NATO przydać. Żebyśmy mieli marynarkę na tyle dobrą, aby brać poważny udział w operacjach tej organizacji, musielibyśmy zwiększyć budżet MW pięciokrotnie, i to na okres około dziesięciu lat. Po takim czasie możemy mieć porządny sprzęt i umieć go obsługiwać. Trzecim argumentem jest przykład somalijskich piratów. Polski statek jest porywany u wybrzeżu Somalii, jest potrzeba wysłania okrętu który go odbije i uwolni zakładników. Na dzień dzisiejszy, takiej możliwości nie ma. Tylko po długoletniej i ciężkiej akcji finansowania moglibyśmy takową mieć. Za mniejsze pieniądze (bo za parę milionów dolarów) można zakładników wraz z towarem po prostu wykupić. Taniej i szybciej.

 

Jakie byłyby problemy płynące z likwidacji marynarki? Po pierwsze, należałoby zastanowić się co zrobić ze sprzętem. Sprzedać, czy raczej oddać jakiemuś biedniejszemu krajowi? Dla bezpieczeństwa tamtego kraju, lepiej oddać flotę na złom: zawsze będzie z tego parę złotych. Co zatem z żołnierzami? Oczywiście konieczne byłoby przeniesienie ich do innych rodzajów sił zbrojnych, bez jakiejkolwiek straty finansowej dla nich. Stopnie powinny być przełożone na odpowiednie stopnie w danych jednostkach, a żołnierze w miarę możliwości przekwalifikowani. Oczywiście, prawdopodobny jest  w takiej sytuacji exodus dużej liczby żołnierzy, natomiast jest to rzecz konieczna, choć bolesna dla tych paru tysięcy ludzi. Kolejnym problemem jest kwestia długości trwania reformy: jak długo powinna ona potrwać? Otóż najlepszym rozwiązaniem wydaje się być przeprowadzenie takiej operacji maksymalnie w ciągu sześciu miesięcy, po uprzednim przygotowaniu. Dlaczego? Rozwiązanie WSI jest tutaj doskonałym przykładem. Oficerowie najpierw rozwiązanej służby „wisieli” w próżni urzędniczej przez ponad rok, oczekując na weryfikację. Służby kontrwywiadu i wywiadu wojskowego nie były uprzednio przygotowane; jeżeli robi się takie zmiany, należy wpierw stworzyć nową służbę i szybko przenosić oficerów z jednej instytucji do drugiej, pozostawiając pierwszą służbę czynną do momentu możliwości przejęcia całości obowiązków przez nową służbę. W takiej sytuacji przenoszenie może trwać około sześciu miesięcy i nie powinno wpłynąć równie tragicznie na działalność służby jak miało to miejsce z WSI (chociaż jej rozwiązanie nigdy nie powinno się zdarzyć). Ostatni problem związany z rozwiązaniem MW to obrona wybrzeża. Czy wybrzeże będzie stało „gołe i wesołe”? Nie, absolutnie nie. Strefę powietrzną i tak patrolują Siły Powietrzne, a wybrzeże mogą spokojnie bronić Siły Lądowe. Pytanie, jak długo broniłyby w razie teoretycznego ataku pozostawiam na inny felieton. Dzisiaj napiszę tylko, że tydzień byłby tutaj optymistycznym wariantem.

 

Dochodzimy teraz do podsumowania i spojrzenia na korzyści płynące z likwidacji Marynarki Wojennej. Po pierwsze, Polska byłaby przynajmniej pół miliarda złotych do przodu, jeśli nie więcej (dane pobrane z budżetu MON na rok 2010). Te pieniądze powinny pójść na inne cele wojskowe, natomiast mogłyby być lepiej spożytkowane. Dodatkowo odchodzi konieczność remontowania starych okrętów i potrzeby kupowania nowych za lat dziesięć. Po drugie, korzyścią byłaby racjonalizacja zatrudnienia i profesjonalizacja armii. Prestiż Polski wzrósłby, gdybyśmy zostawili tradycję i wyimaginowane zagrożenia, a na poważnie zreformowali nasze wojsko do rzeczywistych potrzeb Polski i NATO. Po trzecie, pozostawia to szansę skupienia się na trzech pozostałych rodzajach sił zbrojnych, a dzięki temu – możliwa zwiększona wydajność. Faktem jest, że reformy, i to potężne, są konieczne w całym wojsku od dwóch dekad, i do tej pory nikt poważnie się nimi nie zajął. Nawet profesjonalizacja armii była przeprowadzona chaotycznie i w rezultacie rok po zakończeniu poboru brakuje nam dwudziestu tysięcy żołnierzy. Dodatkowo na każdego oficera przypada nie więcej niż trzech szeregowych.

 

Podsumowując: Polska potrzebuje gruntownej reformy wojska, od likwidacji marynarki rozpoczynając. Nie wnosząc żadnych korzyści dla państwa polskiego i nie będąc żadnym gwarantem bezpieczeństwa w razie wojny, marynarka marnuje tylko pieniądze które wojsko mogłoby lepiej spożytkować. Stary sprzęt i brak odpowiedniego wyszkolenia jest nie tylko zagrożeniem dla kraju, ale przede wszystkim dla samych żołnierzy. Jeżeli mamy, jak twierdzi „Polska Zbrojna”, podtrzymywać tradycję w armii poprzez utrzymywanie starych trzonów, przywróćmy lepiej husarię. Nie dość, że byłoby to już apogeum głupoty polskiej myśli wojskowej, to do tego kawaleria wzbudzałaby zainteresowania naszych sojuszników podczas misji zagranicznych. Wedle zasady: nie ważne co mówią, ważne żeby mówili.

19:06, clementhobhousebrandt
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2 , 3 , 4